Ekstraklasa w Sport.pl. Mistrzowska Legia o twarzy Hamalainena

Wysokim zwycięstwem (4:0) i pełną dominacją Legii zakończył się mecz o mistrzostwo z Piastem Gliwice. W Warszawie po raz pierwszy zobaczyliśmy, jak drużyna Stanisława Czerczesowa łączy siłę, szybkość z inteligencją. Tak może ruszać na Ligę Mistrzów.
Tydzień temu Legia Warszawa zdobywała Puchar Polski po finale brzydkim, przerywanym i takim, którego nie potrafiła zdominować. Nie stwarzała sobie klarownych sytuacji, po prostu z Lechem wdała się szamotaniną z której wyszła zwycięsko. W jeszcze ważniejszym meczu - meczu sezonu! - wyglądało to zupełnie inaczej.

- Chcemy zagrać przede wszystkim bez nerwów. Będziemy starali się grać piłką, skupiając się na ofensywie. Na pewno nie jedziemy się bronić - mówił w piątek Radoslav Latal, szkoleniowiec sensacyjnego pretendenta do mistrzostwa. Jak obiecywał tak jego zespół zrobił, ale w niedzielę była to inna Legia od tej, którą już raz Piast na Łazienkowskiej zatrzymał. Gdy wtedy budowanie akcji od własnej bramki imponowało i dało wyrównującego gola, w maju okazało się elementem wadliwym w systemie Latala. W grudniu gliwiczanie zremisowali po golu, który rozpoczął zwodem i podaniem w środku pola Kamil Vacek - teraz trzecie trafienie dla gospodarzy było po udanym pressingu na reprezentancie Czech. Legia wyciągnęła wnioski.

We wszystkich porównaniach Piasta Gliwice do nowych mistrzów Anglii z Leicester nie zgadzało się jedno. Gdy Claudio Ranieri swoje City ustawia w sposób prosty, z identycznym systemem 4-4-2 i stylem opartym na bezpośrednich, zabójczych kontrach, tak Radoslav Latal wielokrotnie swoimi taktycznymi kombinacjami Piastowi wygrywał mecze. W niedzielę Piast przez całe spotkanie grał otwarcie, ryzykownie, zapraszając rywali do uderzania ich z kontry nawet gdy przegrywali już czterema bramkami. I koniec końców to Legia była w tym starciu profesorem, a rywale konsekwentnie popełniającym ten sam błąd uczniem.

Ale to także zasługa gliwiczan, że ten mecz nie potraktowali jak kopaninę, a starali się szanować piłkę. To znak, że dla nich spotkanie miało być także pokazem jakości, a nie tylko 90-minutową misją. Może założenie Latala i jego zespołu było błędne, ale stworzyło widowisko. Legia okazała się lepsza zdecydowanie, tak jak zakładano przed sezonem, a nie tym spotkaniem.

W drużynie Czerczesowa zagrało wszystko na najwyższym poziomie. Krytykowany Michał Kucharczyk schodząc w 81. minucie zasłużył na owację na stojąco za kapitalne asysty i wiele groźnych akcji. Grający po raz pierwszy w Legii od początku meczu Kasper Hamalainen zagrał tak, że o braku Aleksandara Prijovicia w ogóle nikt sobie nie przypomniał. A tym bardziej Ondreja Dudę, który również znalazł się tego dnia poza składem. To, co Szwajcar osiągał w czterech zagraniach Finowi udawało się w dwóch. Grał nie tylko skuteczniej, ale po prostu na innym poziomie technicznym. Nawet gdy Hamalainen dopiero zaczynał swoje treningi z Legią to przekaz do klubu z Poznania był jednoznaczny - zabraliśmy wam najlepszego technicznie piłkarza i u nas też jest liderem. Przez drobne kontuzje i działającą współpracę Prijovicia z Nikoliciem po prostu dłużej czekał na swoją szansę. Po takim spotkaniu trudno o sygnał, że Prijović miałby miejsce odzyskać.

Zresztą Hamalainen to jedyny z zimowego zaciągu Legii, którego głównymi atutami nie była siła lub szybkość. Dlatego zastanawiano się nad jego dopasowaniem do "stanu ducha" Czerczesowa, czyli pressingu. W tym elemencie Hamalainen nie błyszczał, ale okazywał się bezcenny już po przejęciu piłki. Dlatego cała Legia wyglądała na zespół, który w bodaj najbardziej efektowny i efektywny na wiosnę sposób potrafiła łączyć inteligencję z siłą, agresją, szybkością. - Najwyższy poziom jest tam, gdzie najszybciej reagują i najszybciej przemieszcza się piłka, a nie zawodnicy - mówił Czerczesow na zakończenie rundy jesiennej.

A skoro mówimy o bardzo prawdopodobnym mistrzu Polski - Legii brakuje jednego zwycięstwa w ostatnich dwóch meczach - to jest to bardzo pozytywny sygnał przed kolejnymi eliminacjami do Ligi Mistrzów. Samą walką zaprezentowaną choćby w finale Pucharu Polski warszawianie nie przebiliby się do elity, tak dają sobie szansę.