Kawior, ryż i wasabi, czyli sushi w barwach Legii

Klubowe barwy powstają z czerwonego kawioru, białego ryżu i zielonego wasabi. Podobizny piłkarzy wycina się z glonów nori. Ale legijnego tortu sushi tak łatwo nie kupisz. Na taki trzeba sobie zasłużyć.
Najtrudniejszy tort, jaki zrobiłem? Ten dla prezesa Bogusława Leśnodorskiego. Ale trudny był też dla Ondreja Dudy. A pierwszy, który zrobiłem, dostał Marcin Komorowski, były legionista, który odwiedza mnie do dziś - mówi Tomasz Godlewski, koncentrując się na przycinaniu nori specjalnym skalpelem. - Można to robić nożyczkami, ale czasem, by być precyzyjnym, trzeba użyć właśnie skalpela - tłumaczy. Rozmawiamy w restauracji Silk & Spicy w centrum Warszawy, miejscu doskonale piłkarzom Legii znanym. Godlewski, jego szef, od kilku lat przyrządza dla nich wyjątkowe torty w barwach klubu. - Ile zrobiłem do tej pory? Myślę, że kilkadziesiąt. Mógłbym je robić hurtowo, przyjmować zamówienia od wszystkich kibiców, ale nie o to chodzi. Na taki tort trzeba sobie po prostu zasłużyć, a nie tylko za niego zapłacić - dodaje sushi master.

Fot. Archiwum Tomasza Godlewskiego

Autobus 162

Ma 32 lata, dorastał na warszawskim Targówku, gdzie - jak sam mówi - z miłością do Legii się po prostu rodzisz. - Na pierwsze mecze na starym stadionie zabierał mnie tata. Debiut miałem mocny, bo był to finał Puchar Polski w 1995 r. Pokonaliśmy wtedy GKS Katowice 2:0 po bramkach Jerzy Podbrożnego i Leszka Pisza, a po meczu była awantura - opowiada Godlewski, który w Legii zakochał się jeszcze wcześniej. - Świadome początki mojego kibicowania to 1993 r. i moment, kiedy odebrano nam mistrzostwo. Pamiętam, że słuchałem wtedy relacji w Polskim Radiu z meczów Olimpii Poznań z ŁKS 7:1 i Legii z Wisłą 6:0 - wspomina Tomek. W telefonie jako muzykę grającą dla dzwoniącego, zanim nastąpi połączenie, ustawioną ma kibicowską przyśpiewkę: "Niepokonane miasto, niepokonany klub".

Jego idole z czasów młodości? - Nieźle pamiętam duet napastników Wojciech Kowalczyk - Maciej Śliwowski, ale żadnego z nich idolem nie nazwę. Był nim dopiero bramkarz Grzegorz Szamotulski z tą swoją słynną "elką" wygoloną na głowie. Sam jej nie miałem, ale po Targówku latało wielu tak wygolonych chłopaków - wspomina.

Godlewski, zanim zrobił pierwsze sushi, próbował zostać sportowcem. - Chodziłem do podstawówki przy ul. Trockiej, gdzie m.in. z reprezentantem Polski Grzegorzem Tkaczykiem trenowałem piłkę ręczną, a naszym trenerem był wybitny szkoleniowiec Witold Rzepka - opowiada. - Na piłkę nożną zapisałem się do GKP Targówek, gdzie stałem na bramce i byłem kapitanem drużyny. Granie i trenowanie w tym klubie było dla mnie o tyle istotne, że dostawaliśmy bilety na mecze Legii i wystarczyło nam tylko znaleźć opiekuna, a potem zapakować się do autobusu 162, by wyruszyć na stadion.

Ryby dla piłkarzy

Torty dla legionistów ze względu na klubowe barwy są podobne, ale zarazem każdy jest unikalny w związku z podobizną obdarowywanej osoby. Barwy Legii Godlewski tworzy najczęściej z kawioru (czerwony), ryżu (biały) i z wasabi (zielony). Postaci, których szablony przygotowuje wcześniej ze zdjęć poddawanych obróbce komputerowej, wycina ze wspomnianych glonów nori. - Sporo produktów ląduje w koszu, choć na pewno mniej niż na początku. Wprawiliśmy się, choć te najmniejsze elementy najczęściej wycina mój kolega Kamil, który ma więcej cierpliwości niż ja - mówi Godlewski.

Nietypowe torty sushi zaczął robić siedem lat temu. - Pomysł narodził się w mojej głowie. Dopiero po torcie dla "Komora" zacząłem szukać w internecie informacji, czy ktoś robi podobne rzeczy. Ale nie znalazłem. Nawet do dziś nie mam naśladowców, a przynajmniej o nich nie wiem - dodaje.

W Polsce moda na sushi panuje od paru lat. - Był moment, że w stolicy było już ponad 300 lokali, ale ten boom powoli mija. Albo inaczej: nie tyle mija, co sprawia, że za chwilę przetrwają tylko najlepsi - mówi Godlewski. Siebie widzi w warszawskiej czołówce, jego zdaniem poza Silk & Spicy jest jeszcze pięć restauracji z sushi, które warto odwiedzić. - Kluczowe walory smakowe to ryż i jego sposób gotowania. A drugą podstawową sprawą są oczywiście ryby. My codziennie zamawiamy świeże, nie mamy nawet zamrażarki - mówi legijny sushi master.

Czy sushi to zdrowy posiłek dla piłkarza? - Tak, od czasu do czasu. Zresztą jak przyrządzam je dla chłopaków z Legii, to i tak zawsze staram się tego ryżu dać trochę mniej, a więcej ryb, by było mniej tuczące.

Fot. Archiwum Tomasza Godlewskiego

Jak wkurzyć, to Celtikiem

Myśl o tym, że zostanie zawodowym piłkarzem, porzucił pod koniec podstawówki, kiedy doznał kontuzji kolana. Naukę kontynuował w technikum gastronomicznym. Pierwsze sushi przyrządził na szkolnych praktykach. - Trafiłem do tajskiej kuchni w hotelu Sheraton, gdzie głównie robiliśmy sushi, które serwowane było w barze w lobby. Czy mi od razu posmakowało? Nie pamiętam. Wiadomo, jak to praktyki: pójść, odbębnić swoje i wracać do domu.

- Dość szybko okazało się jednak, że popyt na tajskich kucharzy jest spory. Zacząłem pracować w restauracji w Promenadzie, gdzie poznałem Bogdana Oryszczaka - najdłużej pracującego sushi mastera w Polsce. Przyjaźnimy się do dziś i wciąż wiele się od niego uczę. To chodząca encyklopedia, jeśli chodzi o sushi - zachwala swojego mentora Godlewski.

W restauracji Silk & Spicy Godlewski pracuje od początku jej istnienia, czyli od 13 października 2012 r., ma w niej kilkanaścioro kolegów i koleżanek. - Każdy z nas jest nie tylko kibicem Legii, który już był przynajmniej na jednym meczu, ale też warszawiakiem. Oczywiście oprócz Tajów, którzy pracują w kuchni, ale oni też już dobrze wiedzą, co to jest Legia. Wiedzą, że jak chcą mnie zdenerwować, to wystarczy powiedzieć "Celtic" - śmieje się.

W Silk & Spicy na pierwszy rzut oka legijnych akcentów nie widać. Są bardzo subtelne, jak choćby ozdobny talerz z podobizną Kazimierza Deyny czy ukośna czarna szarfa na kucharskich bluzach sushi masterów. Taka sama, jaką mają piłkarze Legii na swoich koszulkach.

Rachunek Jarzębowskiego

Dzień meczowy to dla Godlewskiego dzień święty. - Zawsze mam wolne, kiedy Legia gra u siebie. Z wyjazdami bywa różnie, nie zawsze udaje się dostać dzień urlopu, ale szefostwo nie robi problemu z tym, by odbiornik stał na barze i leciał w nim mecz - mówi Godlewski, dla którego od dwóch lat pogodzić pracę z Legią jest łatwiej. Bo kiedy ta gra w Warszawie, to on pracuje na Łazienkowskiej.

- Od meczu z Aktobe robimy sushi dla gości lóż na stadionie. Przed każdym spotkaniem mamy do przygotowania średnio ok. 2,5 tys. sztuk. Na Łazienkowskiej pojawiam się z samego rana, by się ze wszystkim wyrobić. Na kwadrans przed pierwszym gwizdkiem musi być wszystko gotowe, bym mógł zobaczyć mecz.

Godlewski, prócz wspomnianych na wstępie tortów z podobiznami Leśnodorskiego, Dudy i Komorowskiego, zrobił też wiele innych - z Jakubem Rzeźniczakiem, Kazimierzem Deyną, Maciejem Skorżą, Henningiem Bergiem, Guilherme czy Tomaszem Jarzębowskim, którego poznał, jeszcze gdy pracował w Promenadzie. - Po prostu przechodził obok mojej restauracji i ja, niewiele myśląc, zaprosiłem go na sushi. Zachęciłem go tym, że jak nie będzie mu smakowało, to zapłacę za niego rachunek. Nie musiałem, Tomek zaczął wpadać do nas częściej, a razem z nim inni legioniści oraz pracownicy klubu - mówi.

I dodaje: - Dużo chłopaków zamawia od nas jedzenie na wynos. A jak przyjeżdżają, to z reguły wcześniej dzwonią. I dobrze, bo nasza restauracja znajduje się w miejscu, w którym kręci się sporo paparazzich. I gdy wiem, że legioniści się pojawią, to staram się ich przeganiać. Zależy mi na tym, by nie tylko smacznie i zdrowo u mnie zjedli, ale też odpoczęli - kończy.