20 tys. uderzeń ponad normę, czyli Mateusz Szwoch i światowy sukces medycyny [ROZMOWA]

- Nie potrzebowaliśmy wyników badań, by wiedzieć, że z sercem Mateusza jest coś nie tak. Osiągnęliśmy jednak sukces na skalę światową - mówi doktor Stanisław Piłkowski - kardiolog, jeden z lekarzy, dzięki któremu Mateusz Szwoch może wrócić na piłkarskie boisko.


Pod koniec lutego u Mateusza Szwocha wykryto problemy kardiologiczne. 22-letni pomocnik Legii na ponad pół roku musiał się rozstać z zawodowym uprawianiem sportu. W maju zawodnik przeszedł zabieg ablacji serca. Dzięki sile własnej woli i fachowej pomocy grona lekarzy 14 sierpnia piłkarz wrócił do treningów z wicemistrzami Polski. Dzisiaj walczy o powrót do składu stołecznego klubu.

Bartłomiej Kubiak, Konrad Ferszter: Kiedy Mateusz Szwoch zaczął być świadomy, że ma poważne problemy z sercem?

Maciej Tabiszewski (lekarz Legii Warszawa): Na początku wszystkiego mu nie mówiliśmy. Ale to dlatego, że sami nie byliśmy pewni, co jest przyczyną nieprawidłowości. Rutynowe badania wskazywały, że nie wszystko jest w porządku, ale nie zdawaliśmy sobie sprawy, że problemy mogą być aż tak poważne.

Stanisław Piłkowski (kardiolog): Po pogłębionej diagnostyce wykryliśmy u Mateusza złożoną arytmię serca. Po rezonansie, czyli jednym z najdokładniejszych badań, okazało się, że serce jest powiększone i z upośledzoną kurczliwością, czyli Mateusz ma tzw. kardiomiopatię. Zaczęliśmy szukać odpowiedzi na pytanie, czy przyczyna zaburzeń pracy serca, których w trakcie doby było ponad 20 tys., jest pierwotna, genetyczna czy wtórna, czyli nabyta np. w przypadku grypy.

I co się okazało?

Piłkowski: Po rezonansie, echo serca i zbadaniu rodziców Mateusza założyliśmy, że przyczyna jest wtórna. Konsultujący lekarze stawiali jednak jeszcze kilka innych rozpoznań, wśród nich kariomiopatię rozstrzeniową.

Tabiszewski: Co właściwie oznaczało, że jest to choroba, która zakończy karierę Mateusza. Ale dla nas znaków zapytania wciąż było dużo.

Jakich?

Piłkowski: W takich sytuacjach standardem jest zrobienie rezonansu. Na początku ciężko było polemizować z tym badaniem, ale nasze wyniki echa serca, które doktor Jędrasik cierpliwie wykonywał, trochę inaczej, korzystniej, pokazywały pewne parametry.

Tabiszewski: Zespół medyczny PZPN badanie EKG nakazuje przeprowadzać co pół roku. Według wytycznych FIFA i UEFA należy do tego zrobić echo serca. Obie organizacje od jakiegoś czasu kładą bardzo duży nacisk na badania serca i urazy głowy. My w Legii się do tego stosujemy.

Piłkowski: Zaczynamy od rozmowy z pacjentem, dowiedzeniem się np. tego, czy w rodzinie nie było przewlekłych chorób. Później jest badanie podmiotowe, czyli od standardowego osłuchania pacjenta po zrobienie EKG i echo serca.

Wróćmy do tej rozbieżności w wynikach badań. Co było dalej?

Piłkowski: Mateusz dostał skierowanie na dodatkowe badania. Ale wielu zawodników ma je wykonywane. To jeszcze nic nie znaczyło. Nie były to takie zaburzenia, że od razu trzeba było reagować.

Tabiszewski: Zrobiliśmy mu także próbę wysiłkową na bieżni, która, co ciekawe, nie wyszła tak źle.

Piłkowski: Przy najwyższych obciążeniach, najszybszym biegu, zaburzenia u Mateusza ustępowały. W spoczynku, kiedy serce zwalniało, znowu wracały.

Szwoch zgłaszał wam, że ktoś z jego rodziny ma bądź miał w przeszłości problemy sercowe?

Tabiszewski: Nie. Sam też nigdy nie czuł osłabienia, nigdy nie zemdlał, nie zgłaszał, że coś mu dolega, kłuje, kołacze, itd.

Piłkowski: Młody, uśmiechnięty człowiek wszedł z wynikami EKG do gabinetu i liczył, że szybko z niego wyjdzie. Ale już osłuchując Mateusza, nawet bez zaglądania w wyniki EKG, zauważyłem, że coś jest nie tak. Że serce bije nieprawidłowo.

Jak Szwoch zareagował na wieść o tym, że jest poważnie chory?

Tabiszewski: Bardzo spokojnie i z dużą ufnością. Czasami miałem wrażenie, że nie do końca wszystko rozumie, więc specjalnie nie chcieliśmy też bombardować go bardzo trudnymi dla niego informacjami. W prasie się pojawiły informacje, że ma depresję, ale to nieprawda.

Piłkowski: To bardzo stonowany, spokojny, młody człowiek. Każdemu lekarzowi trzeba życzyć tak inteligentnego i posłusznego pacjenta. Wręcz stawiać za wzór - słuchał spokojnie, był punktualny, komunikatywny, wierzył, że może nam się udać.

Kiedy w końcu dowiedział się o swoich problemach?

Tabiszewski: Po rezonansie magnetycznym powiedzieliśmy mu, że natychmiastowo musi przestać trenować. Przyjął to bardzo spokojnie. Zmartwiłem się jednak, kiedy następnego dnia zapytał mnie, czy w związku z tym, że nie trenuje, może jechać do domu. Niepokoiliśmy się, że stracimy zawodnika z oczu, nie wiedzieliśmy, czy się nie załamie i czy nie podejmie decyzji o tym, że nie będzie chciał się leczyć. Jednak jako że czekaliśmy tylko na ablację, to daliśmy Mateuszowi pozwolenie na wyjazd do rodziny, byliśmy w stałym kontakcie.

Usłyszał od was słowa, że może nie wrócić do piłki?

Tabiszewski: Wprost nie, ale musieliśmy go przygotowywać do momentu, w którym sytuacja może okazać się dla niego negatywna.

Piłkowski: Staraliśmy się nastawić go jak najbardziej pozytywnie. Mamy cień szansy, więc musimy go wykorzystać i koniec - w tym tonie rozmawialiśmy.

Szwoch sam wnikliwie nie dopytywał o to, co go czeka? Zabieg na sercu dla sportowca może brzmieć trochę jak wyrok.

Tabiszewski: Nie, bo sami tłumaczyliśmy mu, że to wcale nie jest żaden wielki zabieg, tylko małe cięcie.

Kiedy ustaliliście ostateczną diagnozę?

Piłkowski: Rozpoczęliśmy dwutorową drogę dochodzenia przyczyn arytmii i leczenia jej. Dokładne badania 12-odprowadzeniowym Holterem EKG wskazały, że problem tkwi w jednym miejscu serca. W związku z tym potrzebny był zabieg ablacji, który wykonaliśmy u mojego przyjaciela, profesora Radosława Lenarczyka w Zabrzu. Niezależnie od przyczyn, było to niezbędne do usunięcia występujących zaburzeń. Ale drugą, równie ważną sprawą, było właśnie znalezienie przyczyny problemu. Musieliśmy ustalić, czy są to problemy, które Mateusz odziedziczył genetycznie, czy nabył w wyniku np. powikłań.

Tabiszewski: W tym celu udaliśmy się do Anina, gdzie odbyliśmy konsultacje z panią profesor Zofią Teresą Bilińską, która analizowała historię zdrowotną rodziny państwa Szwochów. Do Warszawy przyjechali rodzice Mateusza, którzy zostali dokładnie przebadani. Skoro u profesjonalnego zawodnika arytmię wykryto tylko dzięki profesjonalnym badaniom, to istniało prawdopodobieństwo, że rodzice Mateusza także mieli podobne problemy i nawet o nich nie wiedzieli.

To ostatecznie jaka była przyczyna arytmii?

Piłkowski: Nie wiemy, możemy tylko snuć przypuszczenia. Wydaje nam się, że wszystko zaczęło się od przebytego wcześniej zapalenia mięśnia sercowego, które spowodowało powstanie ogniska, a to z kolei dodawało kolejne impulsy do zaburzeń. Naszą diagnozą była kardiomiopatia, czyli powiększenie i gorsza kurczliwość serca.

Bardzo ważne były dla nas badania wykonane miesiąc i trzy miesiące po ablacji. Dzięki nim dowiedzieliśmy się, że arytmia ustąpiła (z 20 tys. dodatkowych uderzeń serca zmniejszyła się do ok. 100 pobudzeń na dobę) i wszystko idzie w dobrym kierunku. Co najważniejsze, serce się zmniejszyło i zaczęło się zdecydowanie lepiej kurczyć.

Czyli po pierwszym badaniu po ablacji jeszcze nie było pewne, że Szwoch wróci do treningów?

Tabiszewski: Nie. My mówiliśmy, że jest na to duża szansa, ale żadnej pewności mieć nie mogliśmy.

Piłkowski: Standardem są badania trzy miesiące po zabiegu. Dopiero po nich mogliśmy wysnuwać odważniejsze, choć wciąż bardzo wyważone wnioski.

Jak długo Szwoch przebywał w klinice w Zabrzu po ablacji?

Tabiszewski: Trzy dni później wyjechał do domu. Oczywiście, miał zakaz poddawania się intensywnej aktywności fizycznej, ale to wcale nie oznaczało, że miał tylko leżeć w łóżku. Po miesiącu przyjechał na pierwsze badania do Warszawy - na kolejne echo serca i EKG. Po nich powiedzieliśmy mu, że wciąż musi być cierpliwy, brać leki, a kolejne badanie wykonamy za dwa miesiące.

Co było potem?

Tabiszewski: W sierpniu doktor Piłkowski przygotował szczegółową, wielostronicową kartotekę Mateusza, która dla mnie jest dziełem sztuki - każde badanie jest w oddzielnej kieszonce i ułożone jest według daty wykonania. Zapisaliśmy Mateusza i zawieźliśmy z tymi dokumentami do Centralnego Ośrodka Medycyny Sportowej, gdzie profesor Mamcarz, który jest orzecznikiem - kardiologiem, przejrzał wnikliwie wszystko i ostatecznie wydał zgodę na powrót do uprawiania sportu.

Odezwała się do nas także firma, która na co dzień współpracuje z Legią w kwestiach biznesowych, i zajmuje się organizowaniem europejskiej opieki zdrowotnej. Ta firma zaproponowała, że sprawę Mateusza może także skonsultować doktor, który zajmuje się sprawami kardiologicznymi piłkarzy Realu Madryt. Ze względu na samopoczucie zawodnika byliśmy zdecydowanie na tak. Doktor Zamorano, za zgodą Mateusza, przejrzał część jego wyników i także wydał swoją opinię. Pozytywną.

Czyli sprawę można uznać za zakończoną?

Piłkowski: W tej chwili możemy śmiało powiedzieć, że osiągnęliśmy sukces na skalę światową w zawodowym sporcie. W listopadzie będziemy chcieli sprawdzić, jak wysiłek fizyczny związany z powrotem do codziennych treningów wpływa na serce po ablacji. Musimy mieć pewność, że wszystko jest w najlepszym porządku.

Tabiszewski: Mateusz wciąż jest pod naszą wnikliwą obserwacją, a każde, choćby minimalnie gorsze samopoczucie ma nam natychmiastowo zgłaszać. Tak jak doktor powiedział - w listopadzie wykonamy kolejne badania i sprawdzimy, jak miewa się serce.

Dlaczego mówicie o sukcesie na skalę światową?

Tabiszewski: Chodzi przede wszystkim o złożoność problemu i częstotliwość jego występowania. Jednoczesne występowanie złożonej arytmii i kardiomiopatii, to niezwykle rzadkie schorzenie.

Piłkowski: Przy takich przypadkach najważniejszy jest zespół i wzajemne konsultacje. Mateusz wrócił do treningów nie tylko dzięki mnie i doktorowi Tabiszewskiemu, ale także dzięki doktorom w Aninie i Zabrzu. Rozmawialiśmy ze sobą, dzieliliśmy się swoimi poglądami i konsultowaliśmy swoje pomysły. W kwestię Mateusza wtajemniczonych było kilkanaście osób.

Jak duże jest ryzyko powrotu problemów?

Piłkowski: Wiadomo, że takie ryzyko istnieje zawsze, choć w niewielkim stopniu. Mateusza musimy mieć pod stałą kontrolą, bo nawet skuteczna ablacja nie daje 100 proc. gwarancji na to, że arytmia nie powróci.

Więcej o: