Michał Pazdan: Odkąd gram na stoperze, walczę ze stereotypami [ROZMOWA]

- Nie ma dla mnie czegoś takiego jak okres ochronny. Trzeba wejść do drużyny i grać. Przychodziłem do Legii bez obaw i pewny swego - mówi obrońca Legii Michał Pazdan.


Paweł Jędrusik: Za tobą pierwsze tygodnie w Warszawie, w nowej drużynie - jak je ocenisz?

Michał Pazdan: - Dobrze się tu czuję, szybko się odnalazłem. Miałem co prawda na początku trochę problemów ze znalezieniem mieszkania, bo na wszystko brakowało czasu. Wiesz, jak to jest - mecz, trening, zgrupowanie, i tak w kółko. Ale od miesiąca jestem rozpakowany, mam już mieszkanie.

W jakiej dzielnicy?

- W Wilanowie. Fajna, przyjemna okolica. Żonie też się podoba, bo jest gdzie wyjść na spacer z dzieckiem. Poza tym zależało mi też, by nie tracić dużo czasu na dojazdy na Łazienkowską. Od początku września ulice się co prawda trochę zakorkowały, ale tragedii nie ma.

A Legia? Coś cię w niej zaskoczyło?

- Tak, na plus. Cała baza i organizacja klubu robi wrażenie - europejski poziom. Wszystko się zgadza, o nic nie muszę się martwić. A gram w ekstraklasie już ładnych kilka lat i różne rzeczy widziałem.

Na przykład?

- Zdarzało się, że boisko treningowe nie było dobrze przygotowane, a i w sprzęcie czegoś brakowało. Po zajęciach nie zawsze jedliśmy też posiłki. To niby małe rzeczy, ale są bardzo ważne, jeśli chcemy mówić o funkcjonowaniu w profesjonalnej piłce.

Znasz ten mit o półrocznym uczeniu się Legii?

- Słyszałem go już chyba ze sto razy. Nie ma dla mnie czegoś takiego jak okres ochronny. Trzeba wejść do drużyny i grać. Przychodziłem do Legii bez obaw i pewny swego. Jestem w dobrej formie, dostaję powołania od selekcjonera, wszystko idzie w dobrym kierunku. Najważniejsze, by na boisku złapać wspólny język z kolegami.

Jak przyjęła cię szatnia Legii?

- Nie było jakichś specjalnych powitań. Przywitaliśmy się i od razu trening. Wielu chłopaków znałem z ekstraklasy bądź z kadry. Mam z wszystkimi dobry kontakt.

Z Duszanem Kuciakiem też?

- Też. A dlaczego pytasz akurat o niego?

Półżartem, jeszcze cię nie dusił?

- Póki co ominęło mnie to. Ale tak poważnie, każdy reaguje inaczej - jeden impulsywnie, drugi dusi złość w sobie. Normalna rzecz.

Pamiętasz, o czym się mówiło w kontekście twojego przyjścia do Legii?

- Na pewno o moim wzroście [Pazdan mierzy 180 cm wzrostu]. Jest taki stereotyp, że środkowy obrońca powinien być wysoki. Odkąd gram na stoperze, staram się z tym walczyć i udowadniać, że nie wzrost sprawia, że jesteś dobry lub nie. Co z tego, że czasami obrońcy mają po 190 cm, skoro nie potrafią grać głową? Przecież trzeba też umieć ustawić się, przepchnąć przeciwnika w polu karnym. Jak ma się odpowiednie doświadczenie, niższy wzrost można ukryć innymi zaletami - sprytem, dynamiką. A i tak wszystko determinuje wynik. Jeśli będziemy wygrywać - nikt nie będzie wspominał o zbyt niskich obrońcach, jeśli będziemy gubić punkty - będzie nam to wypominane.

Jesteś prawonożny, a większość zagrań wykonujesz lewą nogą - dlaczego?

- Ktoś nawet obliczył, że nawet około 80 proc. Wynika to z dwóch rzeczy. Po pierwsze, miałem dwa razy w karierze zerwane wiązadło poboczne prawej nogi. Nie mogłem po tych kontuzjach strzelać, mocniej podawać. Zacząłem wtedy używać lewej nogi. Po drugie, od kilku lat regularnie trenuję tę nogę, często zostawałem po treningu. Naturalną rzeczą jest, że środkowy obrońca trzymający się lewej strony boiska gra lewą nogą. Łatwiej wybić, rozegrać, nie traci się czasu na przekładanie piłki. Takich zawodników jest niewielu. Dlatego cieszę się, że nabyłem tę umiejętność. Wiele osób twierdzi, że w pewnym wieku techniki nie da się poprawić. To bzdura. Przyjęcie, podanie, przerzut - wszystko jest do wyćwiczenia. Można o mnie bez problemu mówić: zawodnik obunożny ze wskazaniem na lewą.

Czyli Legia już nie musi szukać zmiennika dla Tomasza Brzyskiego na lewej obronie?

- Nie ma takiej możliwości. Nie byłem i nie będę lewym obrońcą. Nawet nigdy nie byłem tam ustawiany na treningach. Nie wyobrażam sobie, bym mógł zagrać kiedyś na tej pozycji.

Podobno w Jagiellonii miałeś własnego dietetyka?

- To nieprawda. Od dawna sam wszystko kontroluję, staram się odżywiać tak jak trzeba. Wiem, kiedy mogę sobie na coś pozwolić, a wiem, kiedy muszę uważać na to, co jem.

Po meczach w waszej szatni pojawia się pizza.

- To norma w wielu klubach. Pizza wzbogaca organizm o węglowodany. Jeśli ktoś jej nie lubi, je makaron. Od razu po meczach pijemy też białko, żeby jak najszybciej uzupełniać jego braki w organizmie. To kolejne potwierdzenie tego, że w Legii wszystko jest zorganizowane na poziomie. Dba się o szczegóły.

"Pazdek, trzymaj się" - taki transparent kibice Jagiellonii wywiesili na ostatnim meczu z Legią.

- Wiem, to miłe. Zresztą, bardzo chciałem być na tym meczu, ale doktor odradzał mi wyjazd, właśnie ze względu na kontuzję łokcia, której nabawiłem się w meczu z Zorią. Z Białymstokiem rozstałem się w dobrych relacjach. Moje odejście do Legii nie było w klubie dla nikogo szokiem. Nie było sytuacji, że nie chcę przedłużyć kontraktu. Zgodę na transfer miałem już rok wcześniej, gdy przedłużałem kontrakt. Cieszę się też, że kibice nie mieli do mnie pretensji. Tym bardziej że fani Legii i Jagiellonii nie przepadają za sobą. Fajnie, że zrozumieli, że Legia jest dla mnie szansą na dalszy rozwój.

Legia zapłaciła za ciebie 700 tys. euro. Żaden inny klub ekstraklasy nie wydał tyle tego lata na jednego piłkarza. Ma to jakieś znaczenie?

- To są kwestie między klubami. Dla mnie nie mają żadnego znaczenia. Nie będę bardziej zmotywowany dlatego, że ktoś za mnie więcej zapłaci. Do swoich obowiązków - czy to 10 lat temu w Hutniku, czy teraz w Legii - zawsze podchodzę tak samo. Jeśli za kilka lat grałbym w czwartej lidze, to nic by się w tej kwestii nie zmieniło.

Nie wierzę, że nigdy w życiu do głowy nie uderzyła ci tzw. sodówka.

- Nie ja to powinienem oceniać, ale mam wrażenie, że jestem taki sam jak 10 czy 15 lat temu. Urodziłem się w Nowej Hucie, całe życie tam mieszkałem, wciąż mam znajomych. Przypuszczam, że jakby mi uderzyła sodówka, koledzy szybko by mnie naprostowali.

Byłeś w kadrze na Euro 2008. Jak to powołanie wpłynęło na twoją karierę?

- Choć nie zagrałem w żadnym meczu, to uważam, że wizyta na tym turnieju w dużym stopniu mnie ukształtowała jako piłkarza i jako człowieka. Przede wszystkim nauczyła podejścia do mediów, do krytyki. Pamiętam tę otoczkę - większość ludzi wypominało mi to, że znalazłem się w kadrze. A ja tym bardzo się przejmowałem. Teraz potrafię się od tego odciąć - nie czytać, nie słuchać, nie przejmować się. W skrócie: przygoda z Euro 2008 była bolesną nauką, ale myślę, że zaprocentowało to w kolejnych latach.

Myślisz czasami, że coś ci uciekło przez granie w piłkę?

- Życie jest na pewno inne, gdy gra się zawodowo w piłkę. Ale patrząc z perspektywy czasu, myślę, że nie. Szybko się ogarnąłem. Jak zacząłem grać w Górniku Zabrze, skończyły się weekendowe wypady do klubów i dyskotek. Do 21. roku życia wybawiłem się wystarczająco, sporo widziałem i to mi wystarczy.

Czujesz się teraz pewniakiem przy powołaniach do kadry?

- W czerwcu przed meczami z Gruzją i Grecją dochodziły do mnie głosy, że będę powołany. Kamil Glik pauzował za kartki, potrzebny był ktoś, kto go zastąpi. Cieszę się, że zagrałem w obu spotkaniach i nie zawiodłem. Przed meczami z Niemcami i Gibraltarem jakaś niepewność była, ale wydawało mi się, że selekcjoner Adam Nawałka się do mnie odezwie. Tak też się stało, ale wiadomo...

...masz pecha.

- Pecha? Szczęście! Po meczu z Zorią byłem pewny, że moja ręka jest złamana i przerwa w treningach potrwa dwa, a nawet trzy miesiące. To tylko zwichnięcie. Wciąż nie mogę swobodnie ruszać ręką, noszę stabilizator, opuchlizna dopiero schodzi, ale mam nadzieję, że do gry będę gotowy jeszcze w tym miesiącu.