Sport.pl

Bolesny koniec Helio Pinto. Portugalczyk może nie zagrać już w Legii

Na Łazienkowską trafiał ze statusem gwiazdy, ale jego transfer okazał się niewypałem. Kontuzja, której nabawił się w meczu z Podbeskidziem, może spowodować, że więcej w Legii już nie zagra.


34. minuta środowego meczu z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Helio Pinto po raz trzeci upada na murawę i prosi o pomoc lekarzy. Tym razem decyzja jest natychmiastowa - rozgrzewkę kończy Ondrej Duda i kilkanaście sekund później zmienia Portugalczyka. Ten opuszcza boisko na noszach, trzymając się bólu za twarz. To efekt zderzenia z jednym z rywali, które miało miejsce 20 minut wcześniej.

W czwartek po południu 31-letni zawodnik przeszedł dokładne badania. Ich wynik nie jest najlepszy - Pinto uszkodził więzadło poboczne w kolanie i czeka go przynajmniej dwa, trzy tygodnie przerwy w treningach. To pod dużym znakiem zapytania stawia szansę Portugalczyka na zaliczenie choćby jeszcze jednego występu w barwach Legii. Bo to, że jego wygasający w czerwcu kontrakt nie zostanie przedłużony, jest jasne od kilku miesięcy.

Przy Łazienkowskiej nikt nie przypuszczał, że w taki sposób swoją przygodę z klubem kończyć będzie piłkarz zarabiający ok. miliona złotych rocznie. Teraz Pinto z powodu kontuzji należy współczuć, ale trzeba też podkreślić, że dla drużyny nie jest to wielka strata. Portugalczyk liderem Legii nigdy nie był, choć gdy przychodził do niej dwa lata temu, oczekiwania wobec niego były bardzo duże.

A wszystko to z powodu doświadczenia wyniesionego z gry w Lidze Mistrzów, jakiego u obcokrajowców, polska ekstraklasa nie widziała nigdy wcześniej. Portugalczyk na Łazienkowską trafił z APOEL Nikozja, gdzie spędził aż siedem lat i w tym czasie dwa razy zagrał w LM. Był jednym z najlepszych piłkarzy cypryjskiego zespołu, który w sezonie 2011/12 z fazy play-off wyrzucił Wisłę Kraków. APOEL był rewelacją tamtych rozgrywek. Piłkarze Jovana Ivanovicia dotarli aż do ćwierćfinału, a obecny pomocnik Legii miał udział w zwycięstwach 2:1 nad FC Porto i Zenitem St. Petersburg, gdzie nawet był kapitanem drużyny.

Licznik Pinto w LM zatrzymał się na 14 występach. Dorobku nie powiększył przy Łazienkowskiej, choć do zespołu Jana Urbana trafiał jako piłkarz, który miał pomóc warszawianom w uzyskaniu upragnionego awansu do tych rozgrywek. W sezonie 2013/14 w decydującym o awansie meczu ze Steauą Bukareszt nie usiadł nawet na ławce rezerwowych. Urban podkreślał wówczas, że piłkarz potrzebuje czasu, by zaaklimatyzować się do gry w nowej lidze. Ale nawet po kilku miesiącach stawiał na niego rzadko (od pierwszej do ostatniej minuty tylko w ośmiu spotkaniach). I właściwie trudno mu się dziwić, bo gdy Pinto szansę od niego dostawał, to swoją grą nie porywał. Zamiast przyspieszać i kreować akcje Legii, często je zwalniał, czym niejednokrotnie frustrował trenera, kibiców i kolegów z drużyny.

Sytuacja Pinto uległa pogorszeniu, gdy przy Łazienkowskiej pojawił się Henning Berg. Norweg w drugiej linii od początku widział Tomasza Jodłowca i Ivicę Vrdoljaka. Portugalczykowi do końca sezonu pozostała rola rezerwowego. Co prawda, w obecnych rozgrywkach zaczął grać więcej, ale tylko dlatego, że Berg jesienią stosował dużą rotację. Sam status w drużynie Pinto nie uległ zmianie. Najlepiej świadczą o tym jego liczby w tegorocznych rozgrywkach Ligi Europy. W nich Pinto zagrał tylko raz - dokładnie 18 minut w rewanżowym spotkaniu z Ajaxem Amsterdam, w którym losy dwumeczu były dawno przesądzone (Legia przegrywała 0:3).

Pinto w Legii rozegrał w sumie 59 meczów i strzelił w nich siedem goli. Bardzo wątpliwe jest, by swoje statystyki zdążył poprawić. Nawet jeśli po kontuzji kolana dojdzie do pełni sił do końca sezonu, to trudno przypuszczać, by Berg dał mu szansę w spotkaniach, które zdecydują o losach mistrzowskiego tytułu.

W sobotę mistrzowie Polski zagrają na wyjeździe z Lechią Gdańsk. Początek meczu o 15.30.

Więcej o: