Bartłomiej Kalinkowski: Im dalej, tym trudniej. Ale w Legii we mnie wierzą [ROZMOWA]

- Na razie trudno rozpatrywać moją grę w piłkę w kategorii oszałamiającej kariery. Po odpadnięciu z Ligi Europy moje szanse na grę w pierwszym zespole zdecydowanie się zmniejszyły. Grywam w rezerwach, ale czuję się zawodnikiem pierwszego zespołu. Zawodnikiem, który wciąż idzie do przodu, robi postępy - mówi Bartłomiej Kalinkowski, 21-letni pomocnik Legii Warszawa.


Kalinkowski od czterech lat jest piłkarzem Legii. Rok temu Henning Berg na stałe włączył go do kadry pierwszego zespołu. Dał zadebiutować w lipcowym meczu z Zawiszą Bydgoszcz o Superpuchar Polski (2:3). Od tamtej pory stawiał na niego zaledwie trzykrotnie. 21-letni środkowy pomocnik zagrał w ligowych spotkaniach z GKS Bełchatów (45 minut), Górnikiem Zabrze (56 minut) i Ruchem Chorzów (61 minut). Znacznie częściej zsyłany bywał i nadal jest do zespołu rezerw Jacka Magiery, który występuje w trzeciej lidze.

Piotr Nowicki: Trenujesz z pierwszą drużyną, ale w jej meczach nie występujesz. Twoją grę można obserwować tylko w trzecioligowych rezerwach. To jest pomysł Henninga Berga na ciebie?

Bartłomiej Kalinkowski: Jestem w Legii i to już jest jakieś osiągnięcie. Na razie trudno jednak rozpatrywać moją grę w piłkę w kategorii oszałamiającej kariery. Po odpadnięciu z Ligi Europy moje szanse na grę w pierwszym zespole zdecydowanie się zmniejszyły. Grywam w rezerwach, ale czuję się zawodnikiem pierwszego zespołu. Zawodnikiem, który wciąż idzie do przodu, robi postępy.

Zimą chciałeś odejść na wypożyczenie, spróbować szczęścia w innym miejscu?

- I tak, i nie. Miałem gdzieś z tyłu głowy, że runda wiosenna w Legii może wyglądać tak, że w najlepszym przypadku zagram tyle samo oficjalnych meczów co jesienią. Z drugiej strony same treningi z pierwszą drużyną pomagają mi wejść na wyższy poziom. Swoją przyszłość wiążę z Legią. Jeśli jednak latem trafiłbym do innego klubu, to wierzę, że sobie w nim poradzę.

Dlaczego zimą nie trafiłeś do Podbeskidzia Bielsko-Biała?

- Przymiarki, bym trafił do Bielska, były od dłuższego czasu. Na styczniowym obozie w Turcji trener Berg powiedział mi jednak, że chce, bym został w Legii na rundę wiosenną. Był ze mnie zadowolony, sygnalizował, że widzi we mnie potencjał, że chce ze mną dalej pracować. Mówił, że mam szansę na coraz więcej występów w pierwszej drużynie. W pewnym momencie, podczas obozu w Hiszpanii, zacząłem jednak zauważać, że będzie mi bardzo trudno walczyć o minuty na boisku. Po długich namowach udało mi się przekonać trenera Berga, by dał zielone światło na moje wypożyczenie Było już jednak trochę na za późno. Zaczynała się liga, kluby zamykały swoje kadry. Dodatkowo Podbeskidzie wygrało swój pierwszy mecz ligowy i chyba w klubie z Bielska uznali, że dadzą radę beze mnie.

Wychowankowie Legii debiutują w pierwszej drużynie, ale większość z nich odchodzi do innych klubów, często gorszych. Dla kogo Akademia Legii "produkuje" piłkarzy?

- Myślę, że trudno szukać jakiejś reguły, konkretnej ścieżki. Ja do Legii trafiłem jako nastolatek, przeszedłem przez drużynę juniorów, rezerwy, dziś jestem na końcu tej drogi. W pewnym stopniu jestem takim "produktem". Wiadomo, że nie każdy szkolony zawodnik trafi do pierwszej drużyny. Wiele zależy od chęci do pracy, szczęścia czy formy w konkretnym meczu. Ważne jest, by z akademii wychodzili piłkarze ułożeni, którzy sprawdzą się wszędzie - bez względu na to, czy trafią do pierwszej drużyny Legii, czy do innego zespołu.

W grudniu mówiłeś, że jesteś zadowolony z tej premierowej rundy w pierwszej drużynie. Po tych kilku miesiącach nie zmieniłeś zdania?

- Nie, absolutnie. Sukcesem dla mnie był awans na stałe do pierwszego zespołu po tak krótkim pobycie w rezerwach. Jesienią miałem świetny okres - debiut w Superpucharze, kilka spotkań w lidze, dwa mecze w kadrze młodzieżowej. Jestem świadomy, że nie zawsze jest tak, że w krótkim odstępie czasu wskakuje się na kolejne stopnie rozwoju. Zazwyczaj im dalej, tym jest trudniej. Ale w Legii we mnie wierzą. Sztab szkoleniowy uważa, że mogę dać z siebie więcej. A ja wiem, co to pokora i praca. Nie zamierzam odpuszczać, ciężko pracuję.

Kogo podpatrujesz na treningach Legii, na kim się wzorujesz?

- Od każdego można się czegoś nauczyć. Imponuje mi, jak Ivica Vrdoljak gra w odbiorze, jak potrafi się ustawić, doskoczyć do rywala i odebrać piłkę. Staram się podpatrywać, jak grają nowocześni środkowi pomocnicy. Chciałbym grać jak Andrea Pirlo czy Toni Kroos - dyrygować całą drużyną. Ale to jest najwyższy poziom. Muszę jeszcze długo trenować, by pokazywać zagrania, jakie im przychodzą z łatwością.

Jakbyś scharakteryzował swój styl gry?

- Jestem środkowym pomocnikiem. Przykładem takiego zawodnika 50/50, o wyważonych atutach - pożytecznym z tyłu i groźnym z przodu. Nie mam co prawda tak dobrego odbioru jak Ivica Vrdoljak, nie jestem też typową "dziesiątką" jak Duda, który świetnie czuje grę i strefy boiska. Ale umiem łączyć formacje, co w piłce też jest niezwykle istotne, jako że podczas meczów jest coraz mniej wolnego miejsca na boisku. Dużo w ostatnim czasie pracuję też z trenerem Kazimierzem Sokołowskim nad strzałami z dystansu, które też zaczynają mi wychodzić coraz lepiej.

Który z meczów w pierwszej drużynie Legii uważasz za swój najlepszy?

- Ten z Górnikiem Zabrze (1:1), w którym oprócz defensywy i destrukcji dużo rozgrywałem piłkę, byłem pod grą. Poza tym uniknąłem wielu strat i większych błędów.

A debiut z Zawiszą Bydgoszcz, w którym zaliczyłeś asystę przy golu Marka Saganowskiego?

- Gdy zaczynałem grać w piłkę w Radomiu, byłem napastnikiem, więc "Sagan" był dla mnie wzorem. Miałem jego koszulkę z czasów, gdy dopiero zaczynał grę w Legii. I nagle okazuje się, że jesteśmy w tej samej drużynie, dzielimy szatnię, a do tego ja w debiucie mogę mu dograć tak, żeby zdobył bramkę. Naprawdę to było fantastyczne uczucie. Emocje były duże. Tak duże, że szczerze mówiąc, niewiele pamiętam z tamtego meczu.

W piątek mieliście pierwszy trening od meczu z Lechem. Jak wygląda atmosfera po porażce w tak prestiżowym spotkaniu?

- To była bolesna porażka i mocno ją przeżyliśmy. Wiemy, że dla kibiców to był z pewnością szczególny mecz. Nie można jednak tak tego odbierać, że jesteśmy załamani, że drużyna się poddaje. Cały czas to my jesteśmy na pierwszym miejscu w tabeli, jesteśmy mistrzami Polski i nie zapomnieliśmy, jak się wygrywa mecze.

Wciąż jeszcze odczuwacie brak Miroslava Radovica? Bez niego wiosną Legia nie zachwyca.

- Miro jest świetnym piłkarzem. W Legii był jednym z liderów. Są jednak w drużynie jego następcy. Marek Saganowski i Ivica Vrdoljak dbają o atmosferę, dzięki swojemu doświadczeniu potrafią odpowiednio pokierować zespołem. Jest Ondrej Duda, który ma niesamowity potencjał i mimo młodego wieku jest w stanie wziąć na siebie ciężar gry. Michał Żyro w formie jest nie do zatrzymania, podobnie Tomasz Jodłowiec i Michał Kucharczyk, którzy przecież teraz są na zgrupowaniu kadry i mają duże szanse zagrać z Irlandią. Mamy wielu dobrych zawodników i wierzę, że damy radę i bez Radovicia. Nie boimy się Lecha, jesteśmy świadomi własnej siły.

Jesienią zadebiutowałeś też w reprezentacji młodzieżowej - zagrałeś w Turnieju Czterech Narodów przeciwko Włochom i Szwajcarom. W piątek Polacy wygrali z Niemcami i zagwarantowali sobie zwycięstwo w tym turnieju. Ale ty nie dostałeś powołania.

- Nie liczyłem na nie. Rozumiem trenera reprezentacji, który nie będzie powoływał zawodnika, który nie gra regularnie w ekstraklasie albo na jej zapleczu. Sam trening w Legii, nawet jeśli to jest najlepsza drużyna w Polsce, to za mało. Nie uważam się za słabszego od tych, którzy zagrali z Niemcami, ale oni na to zasłużyli i niesprawiedliwe byłoby, gdyby trener zamiast któregoś z nich wziął zawodnika z trzeciej ligi.

Tydzień temu grałeś w rezerwach. Waszym przeciwnikiem była Broń Radom - drużyna, w której spędziłeś pięć lat w juniorach. Serce zabiło mocniej?

- Raczej nie. Odkąd przyszedłem na Łazienkowską, grałem już kilka spotkań przeciwko Broni, jako junior i w drugiej drużynie Legii. Zwykle w tych meczach schodziliśmy z boiska jako zwycięzcy. Trudno mówić o jakieś wyjątkowej mobilizacji przed meczem. Ale po meczu ciężko było przełknąć tę pierwszą porażkę (Legia II przegrała 0:3).

Mecz z Bronią był debiutem rezerw Legii na stadionie Świtu Nowy Dwór Mazowiecki. Czy przeprowadzka z Sulejówka wpłynęła w jakimś stopniu na waszą postawę?

- Od niedawna mamy wiosnę, boiska w niższych ligach nie są jeszcze najlepiej przygotowane, dość ciężko się na nich gra. Wiadomo, że podczas meczu warunki są takie same dla obu drużyn i trudno w tym szukać jakiegoś usprawiedliwienia, ale warto pamiętać, że jesteśmy jednym z niewielu zespołów w trzeciej lidze, który stawia przede wszystkim na granie piłką, długie budowanie akcji. Pod tym względem stan murawy jest dla nas istotną sprawą. W Nowym Dworze nie jest jeszcze idealnie, ale mamy nadzieję, że z czasem sytuacja się poprawi.

Przeprowadzka z Sulejówka na pewno w jakimś stopniu wpłynęła na nas, ale największa szkoda, że nie mamy własnego boiska. Takiego, które byłoby tylko nasze i moglibyśmy w nim się czuć jak w domu. Tak naprawdę cały czas, cały sezon, gramy na wyjazdach i to w jakimś stopniu nam nie pomaga. Ale to też nie może być wymówką. Klub tak zadecydował, my musimy się podporządkować.

Patrząc na ten sezon rezerw Legii, lepiej radzicie sobie na boiskach rywali niż w tych meczach - teoretycznie - u siebie, gdzie zdobyliście zaledwie cztery punkty w dziewięciu meczach.

- Mecze wyjazdowe są o tyle specyficzne, że na Legię kibice zawsze lubią przychodzić, i nie chodzi tu tylko o mecze pierwszej drużyny. Gdy w rundzie jesiennej graliśmy w Radomiu, na trybunach zjawiło się naprawdę wielu fanów. Podobnie było w Łodzi, na meczu z ŁKS-em. A derby z Polonią to już w ogóle był kosmos. Nazwa Legia przyciąga ludzi w każdym miejscu w Polsce. Zupełnie inaczej gra się, kiedy trybuny są zapełnione, kiedy czuć atmosferę meczu, a nie sparingu, kiedy jest cisza i słychać tylko przejeżdżające samochody. Myślę, że to tam pomaga, ta mobilizacja przeciwnika i jego fanów, gdy gramy na wyjeździe. Z kolei, gdy jakiś zespół przyjeżdża do nas, nie czuje presji ze strony swoich kibiców, łatwiej mu się gra i osiąga lepsze rezultaty. To są drobne sprawy, ale one także wpływają na końcowe wyniki.