Arkadiusz Kobus - koszykarz roku w Warszawie. Historia pewnego rzutu [ROZMOWA]

- W Warszawie z odmętów koszykówki wyszedłem na prostą. Znalazłem swoje miejsce - mówi najlepszy koszykarz stolicy, zawodnik Legii Arkadiusz Kobus.


Piotr Wesołowicz: Zawodowo uprawiasz sport. A kim jesteś z wykształcenia?

Arkadiusz Kobus: Nauczycielem angielskiego. Nawet kiedy grałem już profesjonalnie w koszykówkę, w Asseco Prokomie Gdynia, odbywałem jeszcze praktyki zawodowe.

Uczyłeś dzieci w szkole?

- Już nie takie dzieci, bo gimnazjalistów, a to w sumie najtrudniejszy wiek. Dla mnie to było bardzo trudne doświadczenie. Później uczyłem jeszcze w technikum i już było lżej, bo jednak młodzież jest już trochę starsza i bardziej ukształtowana, chce się uczyć. Fajnie wspominam ten czas, ale angielskiego uczyłem się nie po to, by być nauczycielem, ale po to, by przydał mi się w pracy o innym charakterze. Dzieci mógłbym uczyć, ale koszykówki.

Legia lada moment planuje otworzyć akademię koszykówki, chce w nią zaangażować swoich zawodników.

- Dlatego robię już odpowiednie kursy instruktorskie, zresztą podobnie jak kilku innych chłopaków, np. Czarek Trybański. Może trenerka to dobry pomysł na to, co robić po końcu kariery? Mam nadzieję, że akademia wypali. Jak już skończę grać, chciałbym zostać przy koszykówce.

Twoi koledzy z zespołu dzielą uprawianie koszykówki z pracą. Jedni uczą w szkole, drudzy mają swoje firmy.

- Ci, którzy pracują, w większości od dawna mieszkają w Warszawie. Ale jest też parę osób, które przyjechały tu tylko po to, żeby grać. Mateusz Bierwagen, Czarek Trybański, Marcel Wilczek. Na pierwszoligowym poziomie kluby potrzebują już, by część składu była skoncentrowana tylko na koszykówce.

W ekstraklasie koszykarze zarabiają godnie. W drugiej lidze w większości grają dla frajdy i nie zarabiają w ogóle. A w pierwszej lidze, czyli po środku? Czy pierwszoligowiec jest w stanie utrzymać się tylko z uprawiania sportu?

- Mieszkamy z żoną i dzieckiem w Warszawie i krzywda nam się nie dzieje. Czyli można. Ale to zależy od kilku kwestii. Po pierwsze, bycia dobrym w tym, co robisz. Po drugie, umiejętności negocjacyjnych. A po trzecie - klubu. Legia jest taką organizacją, że nie muszę co rano myśleć o tym, z czego wykarmię rodzinę.

Był moment, kiedy chciałeś zrezygnować z koszykówki na rzecz pracy zawodowej?

- Tak. To było w 2013 roku, gdy wracałem do zdrowia po poważnej kontuzji kolana, której nabawiłem się, grając w Kutnie. Rehabilitacja się przeciągała, klub nie był w stanie mi pomóc finansowo, więc wydałem na nią niemal wszystkie oszczędności z gry. Pomyślałem, że jak nie uda mi się zahaczyć w jakimś poważniejszym klubie, to znajdę sobie normalną pracę, a w weekend będę grał w lidze dla amatorów. Już nawet zacząłem wysyłać CV, chodziłem na spotkania kwalifikacyjne. Raz nawet chciałem pracować jako sprzedawca samochodów. Przysięgam! Nie miałem żadnych kwalifikacji, ale praca wydawała mi się bardzo ciekawa. Spotkania z klientami, negocjacje. Na szczęście mnie nie przyjęli (śmiech).

Wtedy zacząłeś grać w Skierniewicach, ale grę w drugiej lidze ciężko nazwać poważnym graniem.

- Rzeczywiście, to była bardziej amatorska koszykówka, ale ja potraktowałem grę tam jako inwestycję w siebie. Dojeżdżałem z Kutna, kilku moich kolegów jechało z Włocławka, spotykaliśmy się gdzieś w połowie trasy i jechaliśmy jednym samochodem na trening. Ćwiczyliśmy dwa razy w tygodniu. Mnie to pasowało, bo mogłem cały czas pracować nad kolanem, a dodatkowo krok po kroku wracałem do grania w koszykówkę. Rzucałem sporo punktów, a liczby szły w świat. Gdybym nie grał w Skierniewicach, to nie zauważyłaby mnie Legia i dziś mogłoby nie być mnie tu, gdzie jestem. Gdyby wówczas ktoś odpowiedziałby na moje CV, to też pewnie zawodową koszykówkę bym rzucił.

Czyli propozycja Legii przyszła w najlepszym momencie.

- Zanim przyszedłem do Legii, chwilę wcześniej trenowałem ze Zniczem w Pruszkowie. Na testy zaprosił mnie Michał Spychała. To musiało być po jakiejś dłuższej przerwie, bo byłem kompletnie niegotowy do gry. I trener to zauważył. Porozmawialiśmy wtedy jak mężczyzna z mężczyzną. Spychała powiedział mi, że szuka człowieka do gry na dziś, a nie kogoś, kto potrzebuje kilku tygodni na powrót do formy. Nie udało mi się złapać do drużyny, ale wyciągnąłem z tego lekcję. Postanowiłem, że jak przyjdzie kolejna propozycja, to muszę być w stu procentach gotowy. No i dzień przed zamknięciem okienka transferowego, czyli w ostatnim momencie, zadzwonił trener Bakun. Zaprosił mnie na trening próbny... Wiesz co, opowiem ci historię pewnego rzutu.

Chętnie wysłucham.

- Podczas treningu w Zniczu od razu wiedziałem, że coś jest nie tak i z angażu w drużynie raczej nic nie będzie. Na treningu Legii też z początku szło mi tak sobie. Trener Bakun zarządził gierkę i uważnie mi się przyglądał. W pewnym momencie dostałem piłkę na skrzydle i poczułem, że tym razem piłka wpadnie do kosza. Rzuciłem i... czysta! Uśmiechnąłem się w duchu i pomyślałem, że będzie dobrze. Po chwili trafiłem drugi rzut za trzy, kolejny, wszedłem pod kosz. Kątem oka patrzyłem w stronę trenera. Po zajęciach dogadaliśmy się dosłownie w kilka chwil. Może to wydać się śmieszne, ale wydaje mi się, że ten pierwszy rzut był dla mnie kluczowy. Nabrałem po nim pewności siebie, znów uwierzyłem, że mogę być niezłym strzelcem, że mogę coś tej drużynie dać. Wydaje mi się, że nasz los zależy właśnie od takich malutkich chwil, które mogą okazać się dla nas przełomem w życiu. Dla mnie to była jedna z tych chwil.

Jak wyglądały twoje początki w Legii?

- Dla mnie to był ogromny przeskok. Znów wróciłem do poważnej koszykówki. W sumie nadal była to druga liga, ale walczyliśmy o awans. No i nie trenowaliśmy dwa razy w tygodniu, tylko pięć. Ale wiedziałem, że z Legii, mimo że drugoligowej, łatwiej wrócić do poważnego grania niż, dajmy na to, z Piaseczna czy właśnie Skierniewic. Zagryzłem zęby i codziennie dojeżdżałem z Kutna.

Słynnym już ekspresem, od którego otrzymałeś boiskowy pseudonim - "Ekspres z Kutna".

- Wielkiej tragedii nie było, bo pociąg jechał raptem godzinę i 10 minut. Czasem dłużej dojeżdżam z Bemowa do hali w Wilanowie! A poza tym Legia zasponsorowała mi bilet miesięczny. Przyznam, że czas kursowania między Kutnem a Warszawą wspominam bardzo dobrze. Miałem sporo czasu dla siebie. Wiedziałem przecież, że pociągu nie przyspieszę. Mogłem czytać, słuchać muzyki, przespać się, pomyśleć... Jakbym jeździł samochodem, byłbym zmęczony samym prowadzeniem auta. A tak, po treningach mogłem odpoczywać w drodze.

Polskie pociągi oznaczają przygody. Tym bardziej jak jeździ się codziennie. Czy coś niecodziennego w ekspresie Kutno - Warszawa cię spotkało?

- Jasne, że tak. Im więcej ludzi, tym dziwniejsze sytuacje. Raz jakiś facet przysiadł się do mnie z półlitrówką i opróżnił ją sam, zanim przejechaliśmy połowę trasy. Za drugim razem jeden taki dość ostentacyjnie zaczepiał grupkę dziewczyn, no i musiałem zainterweniować i trochę go uspokoić. No a czasami ta godzina z hakiem przeciągała się o długie godziny. Pamiętam dzień, kiedy ćwiczyliśmy przed meczem. Po treningu wsiadłem w wieczorny ekspres i liczyłem, że za godzinkę będę w domu i wypocznę przed meczem. Wróciłem... o trzeciej nad ranem. Cóż, polskie koleje.

Kiedy podjąłeś decyzję o tym, że czas przeprowadzić się do Warszawy?

- Rozmawialiśmy już o tym w zeszłym sezonie, w trakcie ćwierćfinałowych meczów z Kaliszem. Spotkałem się z prezesami, by porozmawiać o przyszłości. Od razu powiedziałem, że jeśli uda się awansować i będzie dla mnie miejsce w klubie, to dojazdy nie wchodzą w grę. Dogadaliśmy się. Teraz wynajmujemy mieszkanie na Bemowie i myślę, że razem z żoną znaleźliśmy swoje miejsce na dłużej.

Podoba wam się w Warszawie?

- Może gdybyśmy mieszkali w mniej przyjaznej dzielnicy, byłoby inaczej, ale śmiało mogę powiedzieć, że w Bemowie się zakochaliśmy. Jest spokojnie, latem mamy gdzie spacerować z dzieckiem, bo kilka kroków stąd są Forty Bema. Niedaleko mieszkają też nasi znajomi, chłopaki z drużyny, odwiedzamy się, sąsiedzi też sympatyczni. A przy okazji z domu mam rzut beretem do hali czy na zakupy. Czego chcieć więcej? Tylko te korki... To chyba największe przekleństwo Warszawy.

Za tobą szalone dwanaście miesięcy. Prywatnie i zawodowo.

- Rzeczywiście. Martyna, która gdy przychodziłem do Legii była moją narzeczoną, dziś jest moją żoną, w czerwcu wzięliśmy ślub. A zawodowo? Z odmętów koszykówki wyszedłem na prostą, znów gram. To dzięki żonie jestem w tym miejscu. Wspierała mnie, namawiała, bym próbował wrócić, tłumaczyła, że mam jeszcze sporo czasu, że nie ma co spieszyć się z nową pracą.

W jakim miejscu chcesz być za rok?

- Nie wiem. Życie nauczyło mnie pokory. Będąc w Toruniu, rozegrałem dobry sezon, a po chwili z dość wysokiego pułapu spadłem na dno. Dlatego nie chcę planować. Czas pokaże. Robię swoje i skupiam się na chwili.