Warszawskie życie Miroslava Radovicia [DŁUGA ROZMOWA]

- Gdyby decydowały tylko względy finansowe, pewnie by mnie już w Warszawie nie było. Ale Legia znaczy dla mnie coś więcej - mówi Miroslav Radović.


Kibice mówią, że jest legendą Legii albo że wkrótce nią zostanie. Do tej pory ten status zarezerwowany był dla takich postaci jak Kazimierz Deyna i Lucjan Brychczy. W ciągu ponad ośmiu lat, kiedy Radović jest w Warszawie, zdobył z Legią dwa mistrzostwa, cztery razy podnosił Puchar Polski, raz wywalczył Superpuchar i dwukrotnie awansował z klubem do 1/16 finału Ligi Europy.

Bartłomiej Kubiak: Pamiętasz pierwszy dzień w Warszawie?

Miroslav Radović: To był 2003 rok i mecz Legia - Partizan. Wtedy grałem w Partizanie. Tak naprawdę to w Warszawie pojawiłem się po trzech latach, kiedy Legia złożyła mi ofertę.

To wtedy miałeś pierwsze kontakty z miastem?

- Też nie od razu. Przyleciałem z menedżerem. Na Okęciu czekał na nas Marek Jóźwiak, z miejsca pojechaliśmy do hotelu Sheraton. Ale już po dwóch dniach byłem zakwaterowany w hotelu na Agrykoli.

Wrażenia?

- Średnie. To było gorące lato, a w moim pokoiku nie było nawet zasłon. Łazienka też była w stanie dalekim od ideału. W rogu pokoju stał miniaturowy telewizor. Gdy chciałem coś obejrzeć, musiałem siadać tuż przed nim. Na dodatek w hotelu codziennie odbywała się impreza. Byłem tam tydzień, ale nie wiem, czy normalnie przespałem dwie noce.

Uciekłeś?

- Powiedziałem w klubie, że nie chcę tam mieszkać. Trafiłem do hotelu przy Sobieskiego. Okazało się, że dużo lepszy nie jest i z powrotem wylądowałem na Agrykoli. Na szczęście te problemy z zakwaterowaniem i zły humor z tym związany nie trwały długo, bo dość szybko znalazłem mieszkanie.

Gdzie?

- Tam, gdzie mieszkam do dziś - na osiedlu Marina na Mokotowie. Znam już tam prawie wszystkich: od sąsiadów, przez ochronę i administrację, po panie z pobliskich sklepów. Na początku mieszkałem sam, bo Sandra - moja ówczesna dziewczyna, a obecnie żona - została w Serbii, gdzie studiowała. Odwiedzała mnie od czasu do czasu.

Na Marinie mieszka chyba dużo legionistów?

- Teraz już tylko Bartek Kalinkowski. Wcześniej faktycznie było nas sporo - mieszkali tu Jan Urban, Inaki Astiz, Kibu Vicuna, Jorge Salinas, Srdja Kneżević, Ivica Vrdoljak i Michał Efir.

Ja na Marinie po raz pierwszy zamieszkałem we własnym domu. Wcześniej były hotele, a w Belgradzie, gdy grałem w Partizanie, internat. Prowadziła go pani Liliana, która miała trzypiętrowy dom i w nim na każdym piętrze mieszkało po trzech, czterech chłopaków. Tam poznałem innego piłkarza grającego już w Legii, Aleksandra Vukovicia, który często odwiedzał panią Lilianę.

Vuković ostatnio wspominał twoje początki w Legii i mówił, że większych problemów z tobą nie było, ale czasami trzeba było cię przytemperować.

- Tak było. Ale człowiek był młodszy, nie miał dzieci i różne rzeczy chodziły głowie. To były inne czasy, więcej z chłopakami wychodziło się na miasto. No i nie było tylu paparazzi, którzy teraz, gdzie się nie pojawisz, robią ci zdjęcia, potem je sprzedają, a ktoś dopisuje do nich dowolną historię.

Najnowsza to taka, że kupujesz nowe mieszkanie w kamienicy na Mokotowskiej, obok placu Zbawiciela.

- Plac Zbawiciela to nie jest miejsce dla mnie. Za dużo tam zgiełku i wspomnianych fotografów. Ale lokal faktycznie oglądałem. Kamienica jest rewelacyjna, z tym że 20 tysięcy złotych za metr to jednak wydaje mi się trochę za dużo.

Jak to było z tym wprowadzaniem cię do szatni przez Vukovicia?

- To on na początku pomagał mi najwięcej. Znał język i w drużynie obok Łukasza Surmy i Wojtka Szali miał najwięcej do powiedzenia. Choć muszę powiedzieć, że zaraz po przyjeździe starał się mi pomagać też Veselin Djoković. Co to był za agent!

To znaczy?

- Taki luzak. Na szczęście szybko połapałem się, że lekko podchodzi do swoich obowiązków. Zresztą, to teraz i tak nie ma znaczenia. Dziękuję mu tak samo jak "Vuko". Obaj mi na początku bardzo pomagali w Warszawie. Tak samo, jak ja później pomagałem odnaleźć się innym piłkarzom z Bałkanów, którzy tu przyjeżdżali - Ivicy Vrdoljakowi, Srdji Kneżevicovi czy Danijelowi Ljuboi.

Jesteś w Warszawie osiem lat. Co tu najbardziej lubisz?

- Są miejsca, które regularnie odwiedzam, choć one się zmieniają, części już nie ma. Na początku była to restauracja Banja Luka na Puławskiej, później Mała Serbia na Emilii Plater czy Szwejk na placu Konstytucji. Nadal zaglądam do klubu Jugosłowiańskiego przy alei Róż. Zdarza mi się wpaść na Nowy Świat do kolegi z restauracji Segafredo czy na Żurawią do Silk & Spicy, które prowadzi Tomek, kibic Legii.

Jak się ma Warszawa do Belgradu?

- To zadziwiające, jak Warszawa się rozwija. W Belgradzie jest inaczej, czas się zatrzymał. W Serbii żyje się spokojniej, ludzie nie spieszą się tak do pracy jak tu. W środku dnia lokale są pełne - słoneczne okulary, kawusia, pogaduchy, te sprawy. W Warszawie każdy gdzieś biegnie, tylko praca i praca. Nie ma czasu na odpoczynek, oddech. Ale można do tego przywyknąć, tak jest w większości dużych europejskich miast.

Serbowie bardzo różnią od Polaków?

- Akurat widzę podobieństwa. Myślę, że Polak szybko odnalazłby się wśród Serbów.

Czyli też lubicie narzekać?

- No, może nie aż tak jak wy. W Polsce jednak narzeka się więcej. Przywykłem. Myślę, że nawet gdyby jutro Legia wygrała z Realem Madryt, to ktoś - zamiast się cieszyć - wytknąłby, że w Realu nie grał np. Cristiano Ronaldo.

A co jako warszawiak sądzisz o dojeżdżaniu u nas metrem, tramwajem albo autobusem? Sprawdzałeś?

- W Belgradzie autobusem i tramwajem się jeździło, ale w Warszawie dotąd nie miałem okazji, choć miałem ochotę przejechać się metrem. Myślałem, że kiedy otworzą drugą linię, która będzie łączyć się przy Świętokrzyskiej, to w końcu będę musiał tam zejść. Ale wasz fotoreporter Kuba Atys namówił mnie na zrobienie zdjęć do tego tekstu w metrze. Skorzystałem z okazji i przejechaliśmy się kawałek.

Gdy trafiłeś do Legii, dostałeś służbowy samochód?

- Tak, seata cordobę. Ale fura! Jak w lecie człowiek próbował włączyć klimatyzację, to samochód ledwo ciągnął. Wyprzedzić kogoś? Zapomnij! Nie było też w nim GPS, ale jakoś się jeździło. Byłem sam, więc czasu na zwiedzanie było sporo. Jak nie jechałem do domu taksówką, to orientowałem się mniej więcej tak: "Tu wysoki blok, tu Pałac Kultury, tu sklep, w którym kupuję bułki, więc tu mam skręcić". Jakoś sobie radziłem.

Szybko jeździsz?

- Nie mam ani jednego punktu karnego, więc chyba nie.

Gdzie najbardziej lubisz spędzać czas z rodziną, z trzema małymi synami?

- W Warszawie dużo jest fajnych miejsc, ale nie jest mi łatwo znaleźć czas, by wychodzić. Albo trening, albo mecz, albo jakiś dziennikarz w niedzielę chce wywiadu.

Staram się to jakoś godzić. Wychodzi dość banalnie - jak mam chwilę i jest ładna pogoda, najczęściej można mnie spotkać na spacerze na Polu Mokotowskim albo na placu zabaw na osiedlu. Moje chłopaki bardzo lubią też ostatnie piętro w Galerii Mokotów, gdzie jest salon zabaw dla dzieci. W lecie zdarza nam się wyjeżdżać poza miasto, do Jachranki nad jezioro. A jeśli chodzi o inne atrakcje, np. muzea, to byłem w Muzeum Powstania Warszawskiego i w Centrum Nauki "Kopernik".

Z zawodu jesteś kelnerem. Jaki alkohol najbardziej lubisz podawać do stołu?

- Szampan raz! A tak serio, kelnerem zostałem z przypadku. Tylko dlatego, że najłatwiej było mi tę szkołę pogodzić z treningami. Tam był nauczyciel, wielki kibic. Wiedział, że trenuję, więc miałem większe luzy.

Gotujesz w domu?

- Nie, na szczęście mam żonę, która robi to znakomicie.

Ulubiona potrawa?

- Jak nie próbowałeś, to koniecznie musisz spróbować pljeskavicy z kajmakiem. To jedno z moich ulubionych dań. Lubię też zjeść dobry stek. Po przyjściu do Legii polubiłem też ryby, których wcześniej prawie nie jadłem.

Z czym kojarzy ci się 2010 rok?

- Wziąłem ślub cywilny z Sandrą. To było niewielkie przyjęcie w Serbii na 50 osób, ale i tak jeden z ważniejszych dni w moim życiu. Pamiętam jednak ten rok też dlatego, że na Legii otwierali nowy stadion, a na mieście, np. przy placu Konstytucji, powieszono wielkie billboardy z piłkarzami Legii.

Ale ciebie na nich nie było.

- A skąd! Był Manu, Marijan Antolović, Bruno Mezenga. Same wielkie transfery, z których w Legii do dziś został tylko Ivica Vrdoljak. Ja w legijnej hierarchii byłem wtedy na końcu. Niewiele brakowało, bym wyprowadził się z Warszawy. Mówiąc krótko - byłem do odstrzału. Pierwszy raz w życiu - w meczu z GKS-em Bełchatów - wylądowałem na trybunach. Przeżywałem to bardzo. Rok wcześniej też niewiele brakowało, a odszedłbym z Legii. Wypożyczyć chciał mnie Partizan. Wszystko było dogadane, ale w ostatniej chwili kontuzji doznał Sebastian Szałachowski i ówczesny wiceprezes Mirosław Trzeciak zablokował mój transfer.


fot. Mishka/Legionisci.com

Widzisz to zdjęcie i wiesz, o co cię chcę zapytać?

- O Enklawę?

Nie, o twoje grzebanie w uchu. O co z tym chodzi?

- Już kiedyś pytali się mnie o to w Canal+, pytał mnie też Kuba Wojewódzki. Nie wiem, dlaczego za to ucho łapię się przed kamerami. Walczę z tym i staram się tego nie robić, ale już się przyzwyczaiłem i chyba tak zostanie.

Ljuboja na Łazienkowskiej pojawił się w 2011 roku. Znaliście się wcześniej?

- Nie. Byłem z Ivicą na wakacjach w Wenecji, kiedy Danijel zadzwonił. Nie bardzo wiedział, jaki klub się nim interesuje. Znał Legię i Wisłę Kraków, ale tylko z nazwy. Pytał mnie o szatnię, drużynę i kibiców.

I co mu powiedziałeś?

- Że mamy nowy stadion, jesteśmy najlepsi w Polsce, a na każdy mecz przychodzi po 15-20 tys. ludzi. Nie dowierzał. Ale jak sprawdził w internecie, był pod wrażeniem.

Teraz nazywasz go przyjacielem.

- Przyjechał do Warszawy z bratem i od razu poszliśmy na kolację. Szybko złapaliśmy kontakt. Mamy do siebie zaufanie.

Pokazałeś Ljuboi klub Jugosłowiański?

- Tak, ale "Ljubo" nie lubił tam chodzić.

Ale Enklawę polubił. Półtora roku temu po przegranym meczu ze Śląskiem Wrocław w Pucharze Polski i tuż przed wyjazdem na mecz z Jagiellonią, zostaliście przyłapani nad ranem w tym klubie przez prezesa Bogusława Leśnodorskiego.

- To wyjście wtedy było niepotrzebne. Choć nie spodziewałem się, że poniesiemy aż takie konsekwencje. Ja dostałem grubo po kieszeni, a "Ljubo" już w Legii nie ma.

Nie chciałeś wtedy rozmawiać o tej sytuacji.

- Byłem bardzo wkurzony. Każdy widział, ile "Rado" daje tej drużynie, ale momentalnie o tym zapomniano. W prasie była jazda z Radoviciem na całego. Przeżyłem i wyszedłem z tego mocniejszy.

Piłkarze często mówią, że nie czytają tego, co się o nich pisze.

- Czytają, czytają... Ja czytam, choć staram się też nie zwariować. Jak są takie sytuacje, jak ostatnio z wykluczeniem nas z eliminacji Ligi Mistrzów, odstawiam gazety.

Ljuboja niedawno skończył karierę, rozmawialiście na ten temat?

- Pewnie. Mamy ze sobą stały kontakt. Teraz będzie zajmował się menedżerką. Liczę na to, że prędzej czy później sprowadzi do Legii jakiegoś kozaka.

Podobno wyrzucili go z Lens, bo nie pojawiał się na treningach.

- Tak się pisze w gazetach, ale to uproszczenie. Nie do końca tak było. Pierwsze sześć miesięcy w Lens "Ljubo" grał, strzelał gole. Później jednak trener Antoine Kombouaré zasugerował mu, że zamierza stawiać na młodych. Wiadomo, że Danijel ma taki charakter, że nie chciał się z tym pogodzić. Powoli zaczynał się między nimi konflikt. Po tym, jak Lens awansowało do francuskiej ekstraklasy, Kombouaré powiedział wprost i przy wszystkich, że nie widzi dla niego miejsca w zespole. Danijel miał jeszcze rok ważnego kontraktu, poszedł do właścicieli, żeby zaproponowali jakieś rozwiązanie. A ci zaproponowali rozwiązanie umowy. I tak to się skończyło.

Zapowiedział ci się już w Warszawie?

- W ogóle to miał pojawić się na meczu w Lokeren. Nie dotarł tam, bo i ja z powodu kontuzji nie poleciałem do Belgii. Ale to kwestia czasu, kiedy odwiedzi mnie w Warszawie.

Po piłce nożnej twoją drugą pasją jest tenis - grasz czy tylko oglądasz?

- To najlepszy sport. Oczywiście po piłce. Niestety, nie mam zbyt wiele czasu, by grać w tenisa. Talentu chyba też za dużo nie posiadam. Choć może, jak bym tak pograł codziennie przez pół roku, to postępy bym zrobił. Na razie jednak gram bardzo rzadko, ale często oglądam. Staram się nie przepuszczać spotkań Novaka Djokovicia, Rogera Federera czy Rafaela Nadala. W ogóle to powiem ci, że "Ljubo" nieźle gra w tenisa.

Grywa też prezes Bogusław Leśnodorski.

- Jeszcze wspólnej partyjki nie proponował, choć korty są na Legii.

Do którego polskiego sportowca porównałbyś Djokovicia?

- W Serbii to kozak, numer jeden, nasza duma. Myślę, że w Polsce porównywać go można do Adama Małysza.

Często chodzisz na siłownię?

- To ostatnie miejsce, w którym można mnie spotkać. Gdy nie muszę, to nie chodzę. Nie lubię dźwigać sztang.

Półtora roku temu był taki moment, że zarzucono ci nadwagę.

- Pamiętam. Czytałem nawet wywiad z naszym prezesem, który powiedział, że się zapuściłem. Zawziąłem się wtedy i zacząłem biegać. Po pewnym czasie "wjechały" też jogurty z miodem od doktora Piotra Wiśnika. I to wszystko podziałało. W sumie zrzuciłem jakieś pięć, sześć kilogramów i teraz pilnuję tej wagi.

Który klub jest bardziej twój: Partizan czy Legia?

- Legia.

A kiedy zacząłeś kibicować Paritzanowi?

- W wieku kilkunastu lat, jak zacząłem w nim trenować. Wcześniej cała moja rodzina kibicowała Crvenej Zvezdzie. Przyznam się nawet, że jak pierwszy raz jako dziecko pojechałem do Belgradu, to kupiłem właśnie koszulkę Crveny. Do tej pory mój najlepszy kumpel ma ją w domu i jak są derby Belgradu, to zawsze dzwoni, prowokuje mnie i przypomina mi o tym zakupie.

Jak to się stało, że w wieku 19 lat trafiłeś do Partizana?

- Urodziłem się w Goražde, do Belgradu przeniosłeś się z rodziną w latach 90., kiedy zaczęła się wojna. O tym nigdy nikomu nie mówiłem, ale mało brakowało, a zamiast w Partizanie grałbym w FC Sion. Przez dwa tygodnie trenowałem nawet w Szwajcarii. Sion chciał mnie zatrzymać, ale mój warunek był taki, by moi rodzice dostali pozwolenie na pracę. Były z tym problemy, więc wróciłem do Belgradu, gdzie od razu zgłosił się Partizan.

Kiedy ostatni raz byłeś na derbach Belgradu?

- Odkąd przyszedłem do Legii, to ani razu. Wiem, że "Vuko" zaczął już jeździć. Ja też pewnie nadrobię dopiero, jak skończę karierę. Muszę pojawić się też na koszykarzach, którzy regularnie grają w Eurolidze.

Trzy osoby związane z Warszawą i z Legią, które są dla ciebie najważniejsze?

- Na pierwszym miejscu bezdyskusyjnie Lucjan Brychczy. Na drugim "Vuko". A na trzecim były trener Legii Dragomir Okuka, który mnie strasznie namawiał, żebym przyszedł do Warszawy.

Z Okuką w Legii nie pracowałeś, ale na Łazienkowskiej miałeś wielu innych trenerów. Którego wspominasz najlepiej?

- Już mówiłem - trenera Brychczego. Nie ma lepszego.

On jest strasznie małomówny, z niewieloma osobami w ogóle rozmawia, ale ty złapałeś z nim dobry kontakt. Jak to się stało?

- Podobno lubi tylko bardzo dobrych piłkarzy. Może to dlatego. Ale już tak całkiem poważnie, to od samego początku - jeszcze zanim zrozumiałem, że jest legendą Legii - złapaliśmy niezły kontrakt. Największy komplement, jaki usłyszałem z jego ust, to gdy powiedział mi, że na boisku przypominam mu trochę jego samego.

Wiesz, że dla wielu kibiców to ty jesteś symbolem Legii. Może nawet legendą.

- Jak ktoś tak mówi i uważa, to dla mnie bezcenne. Choć legendą się nie czuję. Muszę jeszcze dużo pracować.

Ale szybko zostałeś jednym z ulubieńców kibiców Legii.

- Wiele razy powtarzałem, że gdyby decydowały tylko względy finansowe, to pewnie by mnie już w Warszawie nie było. Kibice mnie zaakceptowali, wspierali, i to też ich zasługa, że jestem w Legii tyle lat.

Przez tyle lat nie nudzi ci się ekstraklasa?

- Coraz więcej osób zadaje mi to pytanie...

Wciąż te same zespoły, wciąż jesteś najlepszy - nie brakuje ci motywacji?

- Patrzę na to inaczej. Dopiero teraz, po tylu latach, Legia na dobre zaczęła dominować w ekstraklasie. Jest jeszcze dużo do osiągnięcia. Choćby awans do Ligi Mistrzów.

Gdybyś kilka lat temu zdecydował się na transfer do AS Monaco, to może właśnie szykowałbyś się do meczu z Arsenalem w 1/8 finału. Żałujesz?

- Wiadomo, że pewnie dostałbym tam ze trzy razy wyższą pensję niż w Legii. Wiadomo też, że Monte Carlo to fajne miejsce do życia. Ale mówi się trudno. Pieniądze nie są najważniejsze w życiu. Najważniejsze jest, by nikt nie mógł o tobie powiedzieć, że jesteś złym człowiekiem. Zostałem w Legii, bo czuję się w niej dobrze.

Pięciu najlepszych piłkarzy, z którymi grałeś?

- To fajne pytanie. Może od końca: w Legii z Ljuboją, w młodzieżowych reprezentacjach z Mirko Vuciniciem, Branislavem Ivanoviciem i Aleksandarem Kolarovem, w Partizanie ze Stevanem Joveticiem.

Przestałeś liczyć na powołanie do reprezentacji Serbii?

- Ostatnio znowu zmienił nam się trener, ale wyników jak nie było, tak nie ma. Radowan Curcić powiedział jednak w serbskich mediach, że będzie rozważał moje powołanie. Ale czy powiedział prawdę, czy odpowiedział tylko tak, bo zapytał go dziennikarz? Nie wiem. Okaże się pewnie na wiosnę.

Z tematem twojej gry w reprezentacji Polski już dajemy sobie spokój?

- To już jest tak przegadana sprawa, że może lepiej tak. Mam polski paszport i nawet chodzę na wasze mecze. Na Stadionie Narodowym oglądałem spotkania z Niemcami, Ukrainą, Czarnogórą czy Anglią. Jestem wielkim kibicem Polski, ale to wszystko.

Twój nowy kontrakt z Legią wygasa w 2018 roku. Nazwałeś go dożywotnim.

- Wszyscy podchwycili ten zwrot, ale ja podchodzę do tego spokojniej. Nie zamierzam nic robić na pół gwizdka. Jeśli poczuję, że zaczyna brakować mi zdrowia, sił czy jakości na boisku, zdecyduję kończyć karierę. Chcę to zrobić z klasą.

Zostaniesz potem w Warszawie, w Legii.

- Tak uzgodniliśmy z właścicielami. W roli trenera się nie widzę, ale poszukiwacza talentów - tak. Na razie jednak aż tak daleko w przyszłość nie wybiegam. Jestem przekonany, że czeka mnie jeszcze wiele lat gry na wysokim poziomie. Oby tylko zdrowie dopisywało.