Sport.pl

Od czereśni z Hali Mirowskiej do olimpijskiego medalu, czyli warszawska historia Czesława Langa [ROZMOWA]

Rozmawiał Michał Budzyński
12.07.2014 , aktualizacja: 12.07.2014 17:24
A A A
Czesław Lang i Lech Piasecki

Czesław Lang i Lech Piasecki (Fot. STAFF AFP)

- Tramwaj nr 15 podjechał, zacząłem pakować rzeczy do środka. Włożyłem walizki, narty, wracam po rower, a motorniczy zamyka drzwi i odjeżdża z moimi bagażami. Goniłem tramwaj na rowerze, to był środek zimy, wpadłem w poślizg i w zaspę. Dogoniłem go dopiero przed Dworcem Centralnym - Czesław Lang opowiada o warszawskim etapie kariery.


59-letni obecnie Lang to jeden z najlepszych polskich kolarzy w historii. Ściganie rozpoczynał na początku lat 70. w Baszcie Bytów, skąd przeniósł się do Legii. Barwy stołecznego klubu reprezentował w latach 1977-1982 i właśnie jak zawodnik "Wojskowych" osiągnął największy sukces w karierze - srebrny medal Igrzysk Olimpijskich w Moskwie. Na przełomie lat 70. i 80. Lang był również dwukrotnym medalistą mistrzostw świata w drużynowej jeździe na czas.

Po sukcesie odniesionym w Moskwie wyjechał do Włoch, gdzie jako pierwszy polski kolarz rozpoczął zawodową karierę. Z powodzeniem startował w Tour de France i Giro d'Italia. Po zakończeniu kariery został animatorem kolarstwa, organizuje Tour de Pologne, z którego uczynił jeden z ważniejszych wyścigów cyklu Pro Tour.

Michał Budzyński: Pamięta pan swoją pierwszą wizytę w stolicy?

Czesław Lang: Był początek lat 70. Przyjechałem do Warszawy, żeby wystartować na welodromie, bowiem w Polskim Związku Kolarskim postanowiono stworzyć nową kadrę torowców. Chciano mnie sprawdzić, bo jako szosowiec uzyskiwałem dobre wyniki w jeździe indywidualnej na czas.

Nie zgubił się pan w Warszawie?

- Przyjechałem na dworzec o 5 rano. Z trudem dotarłem do siedziby PZKOL-u koło Hali Mirowskiej, a tam wszystko pozamykane i wokół żadnej żywej duszy. Usiadłem na schodach i kilka godzin czekałem, aż ktoś się pojawi. Wreszcie znalazł się pracownik związku, który wpuścił mnie do środka i powiedział: "Zaraz jedziesz na testy na Dynasy [tor kolarski przy ul. Podskarbińskiej], więc leć szybko kupić sobie coś do jedzenia, bo wyglądasz na wygłodniałego". Pobiegłem do Hali Mirowskiej, kupiłem sobie czereśnie, bułkę i kiełbasę, bo wtedy tak wyglądała dieta sportowca. Kiedy wróciłem, czekał już na mnie Jan Magiera [wybitny kolarz, olimpijczyk, wielokrotny mistrz Polski]. Poszliśmy do magazynu, wybraliśmy dla mnie rower torowy i pojechaliśmy na Dynasy. Przed pierwszym treningiem byłem przerażony, bo nigdy wcześnie nie jeździłem na torze. Magiera spokojnie mnie instruował: "To jest proste. Podjeżdżasz do górki, zjeżdżasz w dół i jazda". Nie pomogło. Nie wiedziałem, że na torze wszystko się dzieje się tak szybko i upadłem. Magiera pokręcił głową i powiedział tylko: "Koniec jazdy. Po południu są zawody, to będzie twoja ostatnia szansa". To była rywalizacja na trzy kilometry na dochodzenie. Wielka oprawa, mnóstwo kibiców, krajowa czołówka, a ja myślałem, żeby tylko się nie przewrócić. I z tego strachu wygrałem całe zawody, pobiłem rekord Polski i dostałem się do kadry narodowej.

Warszawa robiła na panu wrażenie?

- Jasne, przecież byłem tylko młodym chłopakiem z niewielkiej pomorskiej wsi, który najdalej wypuszczał się na rowerze do powiatowego miasteczka. Cała otoczka przyjazdu do Warszawy była wielkim przeżyciem - samodzielna jazda pociągiem z rowerem i bagażami, poszukiwanie siedziby PZKOL, zakupy w Hali Mirowskiej... Ale i tak najbardziej zapamiętam wizytę w magazynie PZKOL. Jaki tam był sprzęt! Colnago, Massi, Bianchi. To były rowery, o których śniłem. Byłem gotów zrobić wszystko, tylko żeby chwile się na nich przejechać.

Po dostaniu się do kadry narodowej zamieszkał pan na stałe w Warszawie?

- Nie. Do Warszawy przeprowadziłem się dopiero na studia, bo po maturze dostałem się na AWF.

Wtedy został pan zawodnikiem Legii?

- Nie od razu. Studiując, wciąż reprezentowałem barwy Baszty Bytów, ale że byłem odcięty od klubu, nie miałem kontaktu z trenerem, były kłopoty z wyjazdami na zawody, to postanowiłem poszukać sobie klubu w Warszawie. Byłem już olimpijczykiem z Montrealu, więc nie mogłem narzekać na brak zainteresowania. Szczególnie dwa kluby mocno się o mnie ubiegały - Legia i Polonia. Skłaniałem się ku Legii. Była dużo większym klubem, z lepszymi możliwościami i stałym dopływem nowych zawodników, którzy przychodzili do Warszawy, żeby odbyć służbę wojskową.

Do wyboru Legii namawiał mnie również kolega z kadry Zbyszek Szczepkowski. Mówił: "Zapiszesz się do CWKS w czasie studiów, to ci policzą czas spędzony w klubie za służbę wojskową i nie będziesz miał później żadnych problemów". Ostatecznie do wyboru Legii przekonali mnie kierownik sekcji Roman Siemiński i trener Andrzej Trochanowski. Postawiłem tylko jeden warunek: żadnych szkoleń militarnych. Zgodzili się. Po kilku dniach złożyłem wspólnie z Andrzej Supronem przysięgę wojskową.

W jednostce, przy powiewającym sztandarze, z płaczącą dziewczyną?

- Nie, u szefa w gabinecie, ale oczywiście zgodnie z wojskowym ceremoniałem. Ale żadnego salutowania, hymnu i maszerowania nie było.

Skoszarowany w jednostce wojskowej pan też nie mieszkał?

- Nie, miałem o wiele bardziej komfortowe warunki od zwykłych żołnierzy. Na początku pobytu w Legii pomieszkiwałem jeszcze w akademiku na AWF, ale z czasem przeniosłem się do Centralnego Ośrodka Przygotowań Olimpijskich.

A gdzie trenowaliście w Warszawie?

- W samej stolicy przygotowywaliśmy się rzadko. Ale zdarzały się wyjątki. Czasem ćwiczyliśmy na Dynasach, gdzie doskonaliliśmy technikę. Dzisiaj wielu szosowców lekceważy trening na rowerze torowym, a to właśnie ostre koło najlepiej uczy rytmicznej jazdy.

  • 2
Komentarze (1)
Zaloguj się
  • primoboy

    0

    Miło się czytało.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane