Sport.pl

Tenis. Kacper Żuk z Legii chce być jak David Ferrer

- Mam nadzieję, że w tym sezonie dojdę do półfinału debla w Rolandzie Garrosie lub w Wimbledonie. Finał byłby super - mówi młody tenisista Legii Warszawa, 21. gracz światowego rankingu juniorów.
Na początku marca Żuk po raz pierwszy pojechał na zgrupowanie reprezentacji przed meczem Polska - Argentyna w Pucharze Davisa. Przez tydzień w Ergo Arenie 17-latek był sparingpartnerem najlepszych polskich tenisistów.

Tadeusz Kądziela: Kiedy się dowiedziałeś, że trener weźmie cię na zgrupowanie jako sparingpartnera?

Kacper Żuk: W listopadzie. Wtedy w Warszawie odbywało się zgrupowanie w ramach programu Davis Cup Future. Na "Deskach" [klub tenisowy w Warszawie przy ul. Zaruskiego 8] pierwszy raz spotkałem się z trenerem Radosławem Szymanikiem. Zobaczył, na co mnie stać. Grałem ze starszymi zawodnikami, którzy jeżdżą już po "Futuresach" [niewielkich zawodowych turniejach]. Byli tam też Marcin Matkowski i Mariusz Fyrstenberg. Tydzień po tamtym zgrupowaniu dowiedziałem się, że zostałem powołany do szerokiej kadry na Argentynę. Byłem zaskoczony, naprawdę. Pierwsze takie treningi i od razu powołanie. Ogromne wyróżnienie.

W kadrze grają tak doświadczeni zawodnicy jak Jerzy Janowicz, Łukasz Kubot czy Michał Przysiężny. Jak zostałeś przez nich przyjęty? Był chrzest?

- Na oficjalnej kolacji musiałem wystąpić przed wszystkimi, przedstawić się, powiedzieć, że jestem tu pierwszy raz, i podziękować. Dowiedziałem się o tym wszystkim 10 minut przed kolacją od Huberta Hurkacza, który podobny chrzest przeszedł rok wcześniej. Nie miałem zbyt wiele czasu, by przygotować sobie przemowę, ale coś tam powiedziałem, dałem radę. Później na treningach piłek i rakiet nosić nie musiałem.

Jak wyglądały twoje dni na zgrupowaniu?

- Codziennie mieliśmy wyznaczone sesje treningowe w określonych godzinach, bo Argentyńczycy też musieli mieć dostęp do hali. Pierwszego dnia grałem singla z Michałem Przysiężnym, bo akurat nikogo innego jeszcze nie było. Ale głównie to był debel - odbijałem z Łukaszem Kubotem i Marcinem Matkowskim. Słowem, zbierałem doświadczenia. Po tych kilku dniach zobaczyłem, jak dużo jeszcze przede mną, by osiągnąć poziom innych kadrowiczów. Marcin czy Łukasz to światowa czołówka w deblu. Czeka mnie jeszcze dużo pracy, zanim ich dogonię, zanim zagram w Pucharze Davisa.

A jak patrzysz na Huberta Hurkacza, to nie myślisz sobie: "Jestem tylko dwa lata młodszy, mógłbym grać już teraz"?

- Dwa lata różnicy to nie tak mało. Hubert od ponad roku gra seniorskie turnieje, jeździ po świecie i ogrywa się ze starszymi. Ja siedzę jeszcze w juniorskim tenisie. Dopiero pod koniec sezonu zacznę powoli startować w "Futuresach". Ale z drugiej strony one wcale nie muszą mieć aż takiego znaczenia. Kiedy Hubert pierwszego dnia wyszedł na mecz z Guido Pellą, który był 41. na świecie, to musiał być zestresowany. To najwięk-sze jego tenisowe przeżycie w karierze i w moim przypadku byłoby tak samo. Tu chodzi o zbieranie doświadczeń, które przyniosą efekty w przyszłości.

Na co dzień trenujesz w Warszawie?

- Tak, na Legii od paru ładnych lat. Na razie nigdzie się nie przenoszę.

Juniorskie rozgrywki nie są chyba tak intensywne jak seniorskie, gdzie gra się praktycznie co tydzień. Jak często grasz turnieje?

- Skupiam się na turniejach o kategoriach Grade 1 i Grade A. Nie ma ich znowu tak wiele. Zdarzają się raz w miesiącu, czasem dwa razy. Teraz mam okres przygotowawczy, zacząłem go właśnie w Trójmieście na Pucharze Davisa. Potem jadę trenować do Czech na dwa tygodnie i zacznę grać turnieje na mączce w Hiszpanii i we Włoszech. Potem juniorski Roland Garros, Wimbledon, "Futuresy". Zobaczę, na czym to wszystko polega.

Jaka jest twoja ulubiona nawierzchnia?

- Im szybsza, tym lepsza. Jestem zawodnikiem, który dużo chodzi do przodu, gra agresywnie. Na mączce nie czuję się zbyt pewnie, ale jak gram dobrze i wszystko wychodzi, to nie mam problemów i na tej nawierzchni.

Cele na ten sezon?

- Razem z Piotrkiem Matuszewskim, z którym grałem debla na Australian Open, mamy nadzieję na półfinał debla w Rolandzie Garrosie lub w Wimbledonie. Finał byłby super. A w singlu? W Melbourne trafiłem od razu na rozstawionego z ósemką Amerykanina Ulisesa Blancha, który wygrał wcześniej inny turniej w Australii. Było ciężko, ale to też był mój debiut, byłem trochę zestresowany i przegrałem 6:7 (6-8), 4:6. Teraz już wiem, na czym to polega, i będzie lepiej.

Jak porównasz atmosferę Pucharu Davisa i juniorskiego szlema?

- Nie ma co porównywać. W Davisie gramy przed własną publicznością, a w szlemach nie. Na Australian Open zawsze znajdzie się na trybunach kilku naszych rodaków, którzy przyjdą ci pokibicować, ale to nie to samo. Fajniej się gra, gdy masz za sobą wszystkich, choć to nie zawsze pomaga. Czasami stresuje. Często bywa tak, że dopiero w trakcie meczu, kiedy zaczynasz się rozluźniać, przychodzi ci do głowy myśl, że oni ci wszyscy kibicują.

Kto jest twoim tenisowym idolem, wzorem?

- Może to trochę dziwne, ale David Ferrer. Od małego mu kibicuję. Jego styl gry, regularność, ale też zawziętość na korcie i waleczność - to jest to, co mi imponuje. Hiszpan może nie ma takiego serwisu czy forhendu jak Jurek Janowicz, ale każdą akcję sobie wypracowuje - biega w lewo, w prawo, walczy o każdą piłkę.

Nad czym musisz najwięcej pracować?

- Przede wszystkim nad serwisem. Chłopaki zagrywają piłkę po 220-230 km/godz. Ja maksymalnie pewnie gdzieś z 200. Hubertowi w meczu z Pellą zmierzono nawet 243 km/godz., ale on zawsze serwował mocno. Ja się koncentruję bardziej na precyzji serwisu niż na sile. Będąc teraz na zgrupowaniu, nie widziałem aż tak wielkiej przepaści, jeśli chodzi o grę i regularność. Dokładność i siła - tu są u mnie spore rezerwy. Ale pamiętajmy, że od kolegów z kadry jestem dużo młodszy.

Z kim w kadrze złapałeś najlepszy kontakt?

- Na "Deskach" często trenuję z Marcinem Matkowskim, więc z nim rozmawiałem najwięcej, ale dogadywałem się ze wszystkimi.

Jerzy Janowicz też był na zgrupowaniu. Wiele osób uważa, że jest trudny w kontakcie. Jak cię traktował?

- Dobrze. Nie było problemu, żeby sobie porozmawiać.