Sport.pl

Przegrany finał koszykarzy Legii. Nie ma awansu do ekstraklasy

Koszykarze Legii nie zrealizowali przedsezonowego celu, nie wywalczyli awansu do Tauron Basket Ligi. W decydującym, piątym meczu finału w Krośnie, przegrali z Miastem Szkła 78:88.
W sobotę Legia prowadziła 2-1 i przed niedzielnym meczem u siebie była w euforii, w środę wieczorem kończyła sezon ze spuszczonymi głowami. Dwie porażki - ta sromotna, 54:86 w Warszawie oraz ta po walce, 78:88 w Krośnie - oznaczają, że finałową rywalizację 3-2 wygrało Miasto Szkła Krosno i to ono wywalczyło historyczny dla siebie awans do Tauron Basket Ligi.

Legia nie oddawała decydującego meczu bez walki, o nie. Ale to Krosno przeważało przez jego większość. Pierwszą poważniejszą przewagę, 14:8, Miasto Szkła zdobyło dzięki trzem blokom Dariusza Wyki, po których wyprowadziło kontry i potrafiło zakończyć je punktami. Na różne sposoby - i z dystansu, i z wejść pod kosz, i z akcji dwójkowych. To gospodarze lepiej rozpoczęli mecz, złapali rytm w ataku. Legia grała statycznie, jej strzelcy byli dobrze pilnowani i gdyby nie skuteczność Marcela Wilczka, miałaby ogromne problemy ze zdobyciem punktów.

Czas dla Piotra Bakuna po pięciu minutach niewiele pomógł - po nim legioniści popełnili dwie straty, m.in. bardzo prostą, przy wyprowadzeniu piłki po dobrej akcji w obronie. Gospodarze prowadzili już 18:10, ale wtedy włączyli strzelcy Legii - Grzegorz Kukiełka trafił po indywidualnej akcji, Adam Parzych dorzucił dwie trójki i to trener Krosna Michał Baran musiał poprosić o przerwę, by porozmawiać z zespołem.

Mecz się wyrównał, obie drużyny miały swoje problemy - legioniści ze stratami i faulami (trzy przewinienia Marcela Wilczka), natomiast gospodarze z rzutami wolnymi (4/8). Ale w połowie drugiej kwarty Krosno znów wyszło na większe prowadzenie. Grę Legii słabo w tym momencie prowadził Łukasz Wilczek, krośnianie kilka razy uciekli legionistom na wolne pozycje, trafili rzuty i wygrywali 31:23 w 14. minucie. Po kolejnej przerwie dla Bakuna warszawianie wrócili na boisko bez rozgrywającego.

Większą odpowiedzialność w ataku próbował brać na siebie Kukiełka, ale swoje rzuty pudłował. A rywale - trafiali. Szymon Rduch, potem Dariusz Oczkowicz - Krosno prowadziło już nawet 43:29. Znak firmowy Legii, dobra obrona, nie był widoczny. Obwodowi gospodarzy - największa przewaga widoczna była na pozycji rozgrywającego - nie mieli problemu ze znajdowaniem pozycji do rzutu, z wejściami pod kosz lub z podaniami do wysokich. Krosno w pierwszej połowie trafiło 18 z 29 rzutów z gry, czyli aż 62 proc. Legia miała tylko 13/32.

I wiadomo było, że kluczowy będzie początek trzeciej kwarty, że potem z każdą minutą Legii będzie gonić trudniej, bo pośpiech nie pomaga, gdy presja rośnie. Rozpoczęła się walka, twarda, z dużo liczbą fauli i przepychanek pod koszem. Gospodarze - Wyka i Dawid Bręk - trafiali ważne trójki, ale Legia się trzymała. Tylko że to było za mało, bo w jej sytuacji chodziło o odrabianie strat, a nie granie na remis.

W 27. minucie, po dwóch wolnych Adama Linowskiego, grający konsekwentnie pod kosz legioniści zmniejszyli straty do siedmiu punktów (51:58). Jeszcze bliżej byli w 30. minucie, gdy Parzych wykorzystał trzy wolne - przewaga Krosna stopniała do sześciu punktów. Ale kwartę potężnym wsadem zakończył Wyka, z którym legioniści mieli największe problemy.

Ostatnie 10 minut sezonu mocnym wsadem rozpoczął Cezary Trybański, było tylko 67:61 dla rywali. Ale wtedy w kolejnych, trochę szalonych akcjach siedem punktów z rzędu zdobył Filip Małgorzaciak. Krosno wyszło na prowadzenie 74:61 i Legia, mimo szaleńczej walki, rzucenia wszystkiego na jedną szale, już gospodarzy nie dogoniła.

Więcej o: