Sport.pl

Mateusz Bierwagen, nowy koszykarz Legii: Niepokorny od dziecka

?Prędzej czy później to musiało nastąpić? - napisał na Facebooku kilka dni po tym, gdy podpisał kontrakt ze stołecznym klubem. Okazuje się, że Mateusz Bierwagen, były gracz Astorii i w jej barwach król strzelców pierwszej ligi, fanem Legii jest od dziecka. Od nowego sezonu będzie miał okazję grać w Warszawie. Choć, jak sam mówi, niewiele zabrakło, a koszykarzem nie zostałby w ogóle.
Piotr Wesołowicz: Kim jest Mateusz Bierwagen?

Mateusz Bierwagen: Otwartym człowiekiem. Takim, który lubi poznawać nowych ludzi, nowe miejsca. Lubiącym spędzać czas z rodziną, znajomymi. Który ma swoje życiowe pasje - koszykówkę, muzykę.

A jaki ma charakter?

- Wybuchowy, niecierpliwy. Dosyć skrajny. W niektórych sytuacjach potrafię sam siebie pozytywnie zaskoczyć, a w niektórych jest zupełnie odwrotnie. Moim zdaniem mam charakter zależny od nastroju, sytuacji. Jestem dość emocjonalny.

Na boisku tak jak w życiu?

- Można tak powiedzieć. Dlatego mam nadzieję, że w nowym miejscu poprawię aspekty nie tylko sportowe, ale i dotyczące zachowania na boisku.

Przeczytałem o tobie, że jesteś najbardziej niepokornym zawodnikiem w pierwszej lidze. Łatka czy ziarno prawdy?

- Jakieś sytuacje były... Niepokorny jestem od małego. Więc raczej tak. Ale postaram się, żeby tę niepokorność wykorzystać w dobrą stronę, z pożytkiem dla wszystkich.

Czyli w Warszawie otwierasz całkiem nowy rozdział - nie tylko sportowy.

- I mam nadzieję, że pod każdym względem będzie to dla mnie dobry, udany rozdział. Że gra w takim klubie, któremu kibicuję od zawsze, dobrze na mnie wpłynie.

Z temperamentu słynie też trener Piotr Bakun. Jak się skrzyżujecie, to będzie wybuch?

- Myślę, że paradoksalnie to może zadziałać na naszą korzyść. Trener też jest dosyć porywczy, może dlatego będzie w stanie do mnie dotrzeć i mnie zrozumieć? To, że jestem dziś w Legii, było jego pomysłem, on pierwszy się do mnie odezwał. To jest dla mnie bardzo ważne. Wiadomo, mogą pojawić się między nami jakieś zgrzyty, jak to między mężczyznami, ale dogadamy się.

Zdradzisz kulisy transferu do Legii?

- Cóż, jechałem samochodem, słońce, wakacje... I nagle telefon od Piotra Bakuna. Bardzo miłe zaskoczenie. Powiem ci, że już wcześniej podświadomie "planowałem" grać w Legii. Pamiętam, że chyba trzy lata temu rozmawiałem na Facebooku ze "Świdrem" [Michałem Świderskim - red.], gratulowałem awansu do drugiej ligi i napisałem, że fajnie byłoby kiedyś w Warszawie zagrać. Przez lata to nie było możliwe, wiadomo, nie było w mieście koszykówki. Teraz chłopaki wywalczyli awans do pierwszej ligi, powstał projekt, który daje bardzo duże możliwości, więc stwierdziłem, że muszę z propozycji przyłączenia się do niego skorzystać. Że nie ma dla mnie lepszej drogi.

To dlatego na Facebooku wrzuciłeś zdjęcie z kubkiem z herbem Legii...

- ... i z podpisem "prędzej czy później to musiało nastąpić"? Tak. Chodziło o moje zauroczenie klubem, którym jestem zafascynowany od dziecka. Moi dziadkowie byli wojskowymi, działali w Zawiszy Bydgoszcz, potem jeden z nich przeniósł się do Legii. W 1996 roku zabrał mnie na mecz Ligi Mistrzów, poznał z Pawłem Janasem, zaprowadził do szatni... Jako ośmiolatek porozmawiałem z piłkarzami Legii i byłem pod takim wrażeniem, że już nie było wyjścia. Prócz bydgoskich klubów, z którymi też jestem związany emocjonalnie, liczyła się tylko Legia.

Jak w ogóle trafiłeś do koszykówki?

- Byłem młodym chłopakiem, dość dobrze grającym w siatkówkę, piłkę nożną i koszykówkę. Do wszystkiego byłem nieźle predysponowany. W sumie to do kosza chyba najmniej. Lepiej wychodziła mi siatkówka i piłka nożna, w którą grałem dość długo i z sukcesami w czasach juniorskich. W kosza byłem najmniej utalentowany, ale ten sport przypasował mi najbardziej. Gra wydawała się zdecydowanie najciekawsza. Później trafiłem na pierwszy trening do Astorii.

Najprzyjemniejszy moment w tym klubie?

- Zdecydowanie awans z drugiej do pierwszej ligi. I to w Ostrowie, gdzie nikt za bardzo na nas nie stawiał.

Nie żal ci było przeprowadzać się do Warszawy i zostawiać rodzinną Bydgoszcz?

- Na pewno było mi żal, bo zakładałem, że w Astorii będę grał przez długie lata, pozostanie w tym klubie było dla mnie priorytetem. Ale dostałem taką propozycję, której nie byłem w stanie odrzucić. To chyba jedyna, nad którą nie musiałem zastanawiać się ani chwili.

Dwa lata temu miałem całkiem niezły sezon, dostałem kilka fajnych ofert, sportowo i finansowo korzystniejszych, ale nie zdecydowałem się właśnie ze względu na Astorię. Bo to mój klub, miasto, rodzina... Ale w przypadku Legii zupełnie się nie wahałem. Zrozumieli to nawet w Astorii.

Wcześniejsze "ucieczki" z Bydgoszczy nie wychodziły najlepiej. Najpierw wyjechałeś do Wałbrzycha...

- Moja pierwsza "ucieczka" to był Słupsk, gdzie wyjechałem jako 19-letni chłopak. Zupełnie nieudana. Później porwałem się na ekstraklasę w Wałbrzychu, ale myślę, że zrobiłem to za wcześnie i trochę niepotrzebnie, choć to wzbogacające doświadczenie. Najlepiej wspominam wyjazd do Torunia, gdzie w drugiej lidze w Sidenie grałem dobrze i sporo.

Jak porównałbyś sportowo Legię i Astorię?

- W tym roku? Patrząc na składy obu drużyn, to myślę, że odszedłem do mocniejszej. Mam nadzieję, że pokażemy to w obu meczach z Astorią i w ogóle w każdym ligowym spotkaniu. Pokażemy, że możemy walczyć o najwyższe cele. A Astoria? Teraz głównie stawia na młodych zawodników, życzę im, by w tym sezonie byli taki czarnym koniem, któremu uda się utrzymać w lidze.

W wywiadzie dla oficjalnego serwisu koszykarskiej Legii zostałeś spytany o mocne strony. Odpowiedziałeś: brak. Nie uwierzę.

- (śmiech) Lubię dobrze pobronić, wyjść do kontry, zaatakować mocno kosz. Obrona i penetracja - wydaje mi się, że to są moje najważniejsze cechy koszykarskie.

Rzucić również lubisz?

- Jak jest otwarta pozycja, to oczywiście. Ale nie zamierzam forsować rzutów, siłować się i rzucać przez ręce. W Legii są ludzie, którzy robią to lepiej.

W drużynie jest tylu strzelców, że przydałyby się ze dwie piłki w trakcie meczu.

- To już jest rola trenera, by nas rozsądnie poukładał. Drużyny, które osiągają sukcesy, nie opierają się w ataku na jednym czy dwóch graczach. Rzucanie punktów jest w tych zespołach rozłożone. Tak powinno się dziać też u nas.

Jak dogadujesz się z nowymi kolegami?

- Właściwie jestem teraz jedyną osobą w Legii spoza Warszawy. Jest jeszcze Arek Kobus, ale on już grał tu rok temu, zadomowił się. Ale dyskryminacji z tego powodu nie odczuwam (śmiech). Może jeszcze za dużo na treningach się nie odzywam, ale na wszystko przyjdzie pora.

Wspomniałeś o Arku Kobusie, czyli "Ekspresie z Kutna". W drużynie jest też "Czarny Endrju", czyli Andrzej Paszkiewicz. A jaką ksywkę przywozi ze sobą Mateusz Bierwagen? A może dopiero ją dostanie?

- Raczej nigdy nie miałem ksywki, może czasem coś od nazwiska. Ale może trener Bakun wykaże się inwencją, jak zrobię coś głupiego na treningu, to na pewno jakąś mi nada.

Na koniec powiedz: jak początki w Warszawie?

- Na razie mam bardzo pozytywne wrażenia. Poznaję miasto. Choć bywałem tu regularnie, to jednak te wizyty różniły się od codziennego życia. Zderzenie jest, ale nie drastyczne. Na razie nic nie jest w stanie wpłynąć na świetny obraz miasta - nawet dojazdy. Mamy fajną drużynę, są wokół mnie fajni ludzie, trenerzy, nic tylko grać i wygrywać. A póki co - trenować. Na poznawanie nowych ludzi przyjdzie czas.

Dyskutuj z autorem na jego Twitterze

Więcej o: