Sport.pl

Legia Warszawa w młodzieżowej LM. "Zero kompleksów"

- Nasza przygoda w młodzieżowej LM uświadomiła mnie, że idziemy w dobrym kierunku, że warto się rozwijać, ciężko pracować i gonić marzenia. Jedyne czego nam brakuje, to jednego może dwóch boisk, ale poza tym: zero kompleksów - mówi w rozmowie ze Sport.pl trener młodej Legii, Krzysztof Dębek. Jego zespół w rywalizacji z Borussią Dortmund, Realem Madryt i Sportingiem Lizbona uzyskał pięć punktów.
Zwycięstwo, remis ze Sportingiem Lizbona oraz podział punktów z Borussią w Dortmundzie i dobre mecze przeciwko Realowi Madryt - taki jest bilans młodzieżowej drużyny Legii po debiutanckim sezonie w juniorskiej Lidze Mistrzów. W poprzednim roku mistrzowie Polski do lat 19 także grali w europejskich pucharach, ale w zupełnie innej ścieżce odpadli z Midtjylland w drugiej rundzie (1:5). Drużynę prowadził Krzysztof Dębek, który drugi sezon jest trenerem również rezerw Legii, wcześniej był asystentem Jacka Magiery. W rozmowie ze Sport.pl 38-letni szkoleniowiec opowiada o pozytywach występu młodej Legii, którzy piłkarze najbardziej się wypromowali oraz o tym, ile juniorom dała rywalizacja z najlepszymi akademiami w Europie.

Bartłomiej Kubiak, Michał Zachodny: Zacznijmy tak ogólnie, szeroko: co dał pana drużynie występ w młodzieżowej Lidze Mistrzów?

Krzysztof Dębek: Wszyscy głównie zwracamy uwagę na sprawy merytoryczne, patrzymy przez pryzmat boiska - postępu w naszej grze, taktyce, rozwoju piłkarzy. Jednak zapominamy o tym, co działo się poza nim. Już samo to, że przebywaliśmy z pierwszym zespołem, że lataliśmy jednym samolotem, że mieszkaliśmy w dobrych hotelach, gdzie czekały na nas posiłki, których jadłospis przygotowywał wcześniej dla nas klubowy dietetyk dało nam bardzo wiele. Sprawiło, że w trochę niższym wydaniu, ale jednak dotknęliśmy tych samych dróg, co pierwsza drużyna.

Ale nie towarzyszyliście drużynie Jacka Magiery od początku do końca?

- Po wyjściu z samolotu nasze drogi się rozchodziły, mieszkaliśmy w innych hotelach. Pierwsza drużyna to jest jednak świętość - ma swoje rytuały, inne standardy. Ale to nie znaczy, że my na coś narzekaliśmy. Nie, absolutnie. Komfort podróżowania, życia, a do tego kontakt i wspólne chwile z pierwszą drużyną - tego i tak było sporo. Na tyle dużo, że są to niebagatelne doświadczenia dla tych moich chłopaków.

Tremowała ich otoczka młodzieżowej LM?

- Nie, to już nie są lata 70., gdy wyjazd na Zachód był czymś wielkim. Widziałem bardziej zaciekawienie. Przed pierwszym meczem z Borussią widać było, że dużo myślą o tym, czy podołają, ale w żaden sposób nie było to podszyte strachem. Wyczuwałem duże skupienie, ale też pewność siebie i wiarę we własne umiejętności.

To efekt tego, że większość z tych chłopaków ogrywana była już wcześniej na międzynarodowych turniejach?

- Z pewnością tak. A do tego na co dzień grają w młodzieżowych reprezentacjach, znają języki i podczas wyjazdu zagranicę nie mają kompleksów.

Z pierwszą drużyną nie jedliście posiłków, ale ze swoimi grupowymi rywalami już tak - była to norma narzucona przez UEFA. Jak takie wspólne obiady wyglądały?

- Po każdym meczu gospodarz miał obowiązek zabezpieczyć posiłek drużynie przeciwnej. Także mieliśmy okazję, by w Ząbkach gościć Borussię i Real, a teraz na koniec w Pruszkowie - Sporting. Ale jeśli myślicie, że to były wspólne biesiady, to jesteście w błędzie. Te spotkania bardziej miały charakter formalny. Konwersacje między zawodnikami z obu stron się oczywiście zdarzały, ale były raczej nieśmiałe - każdy trzymał się swojego grona.

A relacje między trenerami?

- Po tym ostatnim meczu porozmawialiśmy sobie trochę dłużej z Thiago Fernandesem, ale poza tym podobnie. W Madrycie np. nie było okazji, bo Guti zjadł obiad i od razu wyszedł. Dłużej posiedział za to Roberto Carlos, ale to też nie były jakieś wielkie debaty, tylko raczej kurtuazyjne wymiany zdań.

W trakcie fazy grupowej towarzyszyła wam ekipa Canal+ Sport. Co zobaczymy w materiale, który jest przygotowywany?

- Byli z nami przez cztery mecze. Na początku ludzie z telewizji trochę nas stresowali, później spowszednieli, a na koniec zaczęli denerwować.

Denerwować?

- Bo tak samo jak my liczyli na to, że zdobędziemy trzy punkty wcześniej, niż w ostatnim meczu i powalczymy o awans. Ale naprawdę nie wiem, co zobaczymy. Z tej kilkuminutowej zajawki, którą widziałem, zapowiada się całkiem fajny materiał. Mogę wnioskować, że zobaczymy w nim trochę tzw. kuchni, czyli nasze odprawy, zachowania w szatni, sposób motywacji, a przy tym sporo emocji - od smutku, przez wiarę, kończąc na radości po ostatnim meczu.

Czy jest jakiś moment, który szczególnie zapadł panu w pamięć?

- Pierwszy mecz ze Sportingiem w Lizbonie i najpierw głos kogoś z ławki po niestrzelonym karnym przez Hołownię: "my w tej Lidze Mistrzów już chyba nie strzelimy gola". A potem Szczepański trafił w doliczonym czasie gry i dał nam pierwsze punkty. To chyba było najfajniejsze wspomnienie. Na pewno takie, które najbardziej wbiło się w pamięć.

Jak przygotowaliście się do Ligi Mistrzów. Pytamy o sposób rozpracowania rywali?

- Każdego mieliśmy podzielonego na fazę ataku i bronienia. Gdy ruszyła faza grupowa, to było nam łatwiej, bo w Internecie można było znaleźć nagrania z meczów. Jednak przed naszym debiutem musieliśmy z czegoś skorzystać, dlatego wysłaliśmy naszych ludzi na mecz z Arminią Bielefeld, który Borussia wygrała 5:0. Do samego wyniku jednak podchodziliśmy spokojnie, bo grali z ostatnią drużyną w tabeli. To, co bardziej zwróciło naszą uwagę, to ustawienie Borussii z trójką obrońców, którzy się nie rotowali, tylko cały czas grali na swoich nominalnych pozycjach - w ustawieniu 3-5-2 albo 3-4-3. Ktoś teraz powie: "co wam po tych obserwacjach, skoro i tak przegraliście 0:2". Jednak dla mnie, jako trenera, w wielu momentach tego meczu sobie radziliśmy. Dzięki temu, że wcześniej oglądaliśmy Borussię, mieliśmy w meczu z nią klarowne sytuacje. Jak choćby ta z początku spotkania, którą zmarnował Szymański - ostatnio identyczną miał z Widzewem i ją wykorzystał. A potem uderzenie do pustej bramki Michalaka. Można gdybać, ale dla mnie ważne jest to, że przygotowaliśmy się solidnie. Wykonaliśmy kawał dobrej roboty i nie mamy sobie nic do zarzucenia.

Który moment wskazałby pan jako początek pracy nad zespołem zdolnym do rywalizacji z renomowanymi akademiami Realu, Borussii i Sportingu?

- Wszystko zaczęło się latem 2015 roku, kiedy objąłem drugi zespół. Ten rok pracy pomógł mi dotrzeć do tych ludzi - wyczuć się nawzajem, poznać się. Ale sam początek to był dramat. Sezon w trzeciej lidze zaczęliśmy z bilansem 1-3-3. Dopiero potem zaczęło się to układać. Przyszła seria ośmiu zwycięstw z rzędu, a potem do końca sezonu walczyliśmy z Polonią o baraże do drugiej ligi. Nie udało się, ale to był moment, kiedy ta drużyna okrzepła, zaczęła dojrzewać i to zaprocentowało w Europie.

Nie wiemy, o jakim dojrzewaniu pan mówi, ale domyślamy się, że nie chodzi o dorastanie pana piłkarzy. Jak na nich patrzyliśmy w młodzieżowej LM, to widzieliśmy chłopców, którzy pod względem fizycznym mocno odstają od rywali.

- Odstają, ale przypomnijmy sobie Barcelonę za czasów Guardioli. Ona też odstawała, wielu jej piłkarzy było wątłej budowy. I co? Nie o to chodzi. Mam w drużynie Bartłomieja Urbańskiego. Przez swoje warunki fizyczne czasem ma problem, by przebić się do kadry Polski, a wychodzi na mecz ze Sportingiem w Lizbonie i wygrywa pojedynki w powietrzu z większymi od siebie. Kolejny przykład - Adrian Małachowski, który w Dortmundzie przepychał się z potężnym napastnikiem Borussii czy walczył po przerwie z tym największym z rywali - Etiennem Amenyido, który wszedł z ławki. Podobnie wyglądały te chłopaki ze Sportingu i nie mam tu na myśli tylko ich czarnoskórych piłkarzy, ale też całą resztę. Jakbyście przyszli na nas wspólny obiad po meczu, to zobaczylibyście fizycznie różnice jeszcze bardziej.

A co z motoryką?

- Ona też jest ważna, ale patrząc na liczbę sprintów do piłki, przebiegnięte kilometry - my naprawdę nie odstawaliśmy pod tym względem od naszych rywali. Mamy zawodników, którzy przebiegają po 12-13 kilometrów w meczu. Nie jest tak, że pracujemy na nos. Nosimy kamizelki GPS, które dają nam pełen wykaz danych. I jak prześledzimy dokładnie te wszystkie tabele i wykresy, to zobaczymy, że naprawdę dawaliśmy radę.

Oglądając mecze młodej Legii i rozmawiając z obserwatorami zauważyliśmy, jak wiele osób podkreślało, że zespół jest świetnie ułożony, ale... No właśnie - jest bardziej nastawiony na kolektyw. U waszych rywali było większe skupienie na indywidualnościach.

- Nic dodać, nic ująć. Nie chcę żeby to zabrzmiało jak tłumaczenie, ale nasi przeciwnicy w tym towarzystwie bawią się co roku. My dostaliśmy ten przywilej po raz pierwszy. Po drugie wystarczy spojrzeć na składy. Jeszcze nie zaczęliśmy rozgrywek, a już dochodziły do nas informacje, że np. taki Sergio Diaz z Realu kosztuje pięć milionów euro, że jego koledzy z drużyny - np. taki Hakimi czy Valverde - tylko trochę mniej. Przecież zawodników za takie kwoty próżno szukać w ekstraklasie, a co dopiero w juniorach. Paragwaj, Maroko, Urugwaj - to narodowości piłkarzy, których wymieniłem. Nie mówimy tu o wychowankach, tylko o skautingu. Różnice na papierze było widać od razu, ale to nie znaczy, że my się tego przestraszyliśmy. Czy uznaliśmy z góry, że mamy słabszych chłopaków? Nie, oni są dobrzy, a na naszym podwórku wręcz bardzo dobrzy. A w Europie? Tam jeszcze trochę nam brakuje. Przede wszystkim pod względem doświadczenia, co chyba było widać.

Na boisku?

- Nie tylko, także np. przed meczami. Najbardziej chyba przed pierwszym z Realem, kiedy patrzyłem na tych młodych chłopaków z Madrytu i widziałem totalny luz. A patrzyłem na naszych i widziałem...

... strach?

- Nie, nie strach. Oni się nie bali, ale byli skoncentrowani. Podchodzili do tego meczu jak do czegoś wielkiego. A Real? Oni tam grają co roku, dla ich piłkarzy mecz z nami nie robił żadnego wrażenia.

Mecz z Realem w Ząbkach był najsłabszym w całej fazie grupowej.

- Na pewno taki, który najbardziej rozczarował. I to nawet nie chodzi o nas, ale bardziej o otoczenie, którego oczekiwania w stosunku do nas rosły i rosły. Na początku, przed debiutem z Borussią, słyszeliśmy z każdej strony: "Nie, no co Wy, to będzie kompromitacja, wstyd". A po meczu: "Nie było tak źle!". Po kolejnym: "Sporting? Przecież tam szkolą młodzież najlepiej na świecie, a wy zremisowaliście! To w następnym się uda. A nie, czekajcie, następny jest Real...". Po 2:3 w Madrycie: "Boże, mieli was zmieść, a wy daliście radę. No to u siebie w Ząbkach już musicie wygrać!". I co? Po tej porażce w Ząbkach naprawdę czułem zewsząd, że zawiedliśmy. Zawiedliśmy, bo przegraliśmy 1:2 z Realem Madryt. Z Realem Madryt! To chyba nasza cecha narodowa, że lubimy skakać z jednego bieguna na drugi. Że jednego dnia jesteśmy najgorsi na świecie, a drugiego jesteśmy mistrzami świata.

Wtedy po meczu z Realem czuliście się najgorsi?

- Tak, ale wydaje mi się, że wpływ na to miała nie tylko porażka, ale też nasz styl gry. Założyliśmy sobie, że będziemy grać nisko w defensywie, czyli nie za ładnie dla oka. To jeszcze spotęgowało ten zawód. A do tego te błędy z końcówki pierwszej połowy, które wynikały z mocnego wiatru. Nie chcę, by to zabrzmiało jak wymówka, ale jak już mamy mówić o całościowym obrazie, to nie możemy o tym zapominać... Zaraz przeprowadzę wam tu całą analizę tego spotkania.

Chętnie posłuchamy.

- Szkoda mojego i waszego czasu. W skrócie: na pewno ta niska defensywa, nasz styl gry i to wszystko było świadome. Wiedzieliśmy, że Zidane, czyli ich bramkarz, nieźle gra nogami. Tak samo, jak wiedzieliśmy, że bramkarz Sportingu ma z tym problemy. Ale ja naprawdę wolę mówić o tym, co nam się udało. Każdego przeciwnika mieliśmy dobrze rozpracowanego. Wiedzieliśmy jak zagra, co zrobi, jakie stosuje rozwiązania taktyczne, itd. A że nie udało się wygrać więcej niż jednego meczu? Trudno, ja i tak jestem dumny z moich chłopaków. Z tego, że potrafili słuchać. Nadrabiać swoje braki kolektywem czy nastawieniem taktycznym, które w dużym stopniu przykryło też nasze niewielkie doświadczenie. Jestem dumny, że do tej wymyślonej przez nas taktyki, potrafili dodać coś od siebie. Jak w Dortmundzie, gdy w pierwszej połowie z 0:1 potrafili wyciągnąć na 2:1. A w drugiej - mimo porażki 2:3 - grali do samego końca i zremisowali, choć prawdę mówiąc, mogli nawet wygrać. Duże brawa. Brawa dla wszystkich. Całego sztabu, ale też moich piłkarzy. Szymański, Urbański, Szczepański, Ryczkowski, Małachowski - cała linia obrony od Nawotki po Hołownię - Michalak, który awansował już do pierwszego zespołu - to są naprawdę fajne chłopaki, jeszcze nieraz o nich usłyszycie.

Niektórzy, a pewnie większość z tych piłkarzy, których pan wymienił, grają na różnych pozycjach. Uniwersalność jest cechą pożądaną w Legii?

- Kiedyś takiego zawodnika nazywało się zapchajdziurą, ale teraz to się zmienia. Uniwersalność jest w cenie, w dzisiejszym futbolu to jest supersprawa. Dlaczego? Bo rozwija. Jeśli znasz zadania taktyczne z pozycji obok, to lepiej funkcjonujesz na boisku. Dobrym przykładem jest tutaj Tomek Nawotka, bo to zawodnik, który zrodził się dla potrzeb tej drużyny. Pewnie nie grałby w obronie, gdybyśmy mogli do rozgrywek zgłosić Jakuba Szreka, ale nie mogliśmy tego zrobić, bo grał zbyt krótko w naszym zespole. Za niego szansę dostał Nawotka, który przychodząc do nas z Ostródy zaczynał jako napastnik, do tego miał łatkę lekkoducha. Tymczasem w ostatnich miesiącach wyrósł na obrońcę, który potrafi pięknie bronić i być zdyscyplinowany taktycznie. Kto wie, może w przyszłości zostanie nowym Łukaszem Piszczkiem? Na pewno ma papiery na granie. Choć nie jest to jeszcze potwierdzone, wiele wskazuje na to, że zimą pojedzie na obóz z pierwszym zespołem.

Przykłada pan szczególną wagę do rozwijania wśród swoich zawodników uniwersalności?

- Chcemy to robić, ale nie znaczy to, że każdemu piłkarzowi zamierzamy teraz zmieniać pozycję. Jeśli ktoś ma takie predyspozycje, a wielu ma, to będziemy to robić. Już robimy. Jak przyjdziecie na nasze mecze w trzeciej lidze, to zobaczycie, że często nawet w ich trakcie zmieniamy ustawienie. To nasz duży atut.

Intensywność gry w Lidze Mistrzów jest większa od tej w trzeciej lidze?

- To zależy od rywala. Generalnie mecze w Europie były toczone na większej intensywności, ale w porównaniu do meczów na szczycie w trzeciej lidze - np. z Lechią Tomaszów czy Widzewem - była ona podobna.

To w takim razie, gdzie widzi pan największe różnice?

- Od dawna wiemy, jak poruszać się w niuansach taktycznych. Chcielibyśmy równie dobrze poruszać się w nich w trzeciej lidze. Problem w tym, że nie zawsze się da - realia są jakie są. W Lidze Mistrzów często wysiłek jest większy, ale przy tym wiesz, jak dany zawodnik czy drużyna się zachowa. Na czwartym poziomie rozgrywkowym w Polsce wciąż rządzi przypadek. Często nie sposób doszukać się logicznego ciągu wydarzeń. Kultura taktyczna jest niższa, często nieodgadniona. Nie widać powtarzalności.

A porównując reakcje piłkarzy po meczu w Europie, a w trzeciej lidze - widzi pan jakieś różnice?

- Trzecia liga do dla nich codzienność, a puchary to zupełnie inny świat. Deser. Wyjątkowo smaczny, gdzie nie tylko spotkali się z wielkimi firmami na boisku, ale też te wielkie firmy ściągały na trybuny wielu skautów, wzbudzały zainteresowanie mediów.

Mówi pan sobie po tej Lidze Mistrzów: "ale na tym Zachodzie szkolą młodzież, ale tam mają warunki, jakich tam mają piłkarzy"?

- Wręcz przeciwnie, przygoda w Lidze Mistrzów, przygotowania do niej i nawet ten nienajlepszy efekt końcowy - to wszystko jeszcze bardziej uświadomiło mnie, że idziemy w dobrym kierunku, że warto się rozwijać, ciężko pracować i gonić marzenia. Jedyne czego nam brakuje, to jednego może dwóch boisk, ale poza tym - zero kompleksów.

Widzi pan jakiś negatywny aspekt po waszym zetknięciu z Ligą Mistrzów?

- Może nie negatywny, ale ten temat sami wywołaliście - szkolenie, a nawet nie tyle szkolenie, co skauting. OK., trzeba szkolić, szlifować, ale też - co widać po tych najlepszych klubach - umieć znaleźć piłkarza.

Legia przecież znajduje - przykład z pana drużyny to Sandro Kulenović, który latem przyszedł do was z Dinama Zagrzeb.

- Tak, ale to jest na razie pojedynczy przypadek. Sam jestem ciekaw, jak rozwinie się trend ściągania do nas zdolnych juniorów z zagranicy. W Polsce mamy zdolnych piłkarzy, ale myślicie, że w Madrycie czy okolicach takich nie ma? Pewnie, że są, ale mimo wszystko szukają za granicą. Nie każdy się przebije, jednak trzeba nie tylko szkolić, ale też rozwijać skauting. Talent, ciężka praca i odrobina szczęścia. To wszystko jest potrzebne, by odnieść sukces.

Pana zawodnicy muszą być świadomi, że w Legii trudno się przebić. Latem wymieniono połowę kadry, ale sprowadzono głównie piłkarzy zagranicznych, nie wprowadzono nikogo z akademii.

- Jednak od lata realia trochę się zmieniły. Dziś w klubie jest Jacek Magiera. Zwraca on uwagę na młodych piłkarzy, regularnie odwiedza nasze mecze w trzeciej lidze albo wysyła na nie asystenta Aleksandara Vukovicia. To dla moich chłopaków bardzo dobra zmiana i oni to czują. Już nie ma tak, że idzie przerwa zimowa i każdy rozgląda się za wypożyczeniem. Dziś większość chce zostać i czeka w blokach na to, aż dostanie swoją szansę. Jestem przekonany, że u trenera Magiery mogą na nią liczyć. Często ze sobą rozmawiamy - to mój kolega - ale to nie znaczy, że ja im mogę coś obiecać. Poczekajmy do stycznia.

A więc który z pana piłkarzy niedługo wyjdzie z Legią na boisko ekstraklasy?

- Niedługo wyjdzie Konrad Michalak [zadebiutował w niedzielnym meczu z Piastem Gliwice, dwa dni po rozmowie], a poza nim spora grupa utalentowanych zawodników przeskoczy do seniorów, gdzie będzie trenowała. Ale na razie bez nazwisk, nie pompujmy. Sami niedługo się przekonacie.









Więcej o: