Andrzej Fonfara: W ringu staram się reprezentować Legię i jej kibiców [ROZMOWA]

Andrzej Fonfara

Andrzej Fonfara (Andrzej Fonfara)

- Jeśli zdobędę mistrzostwo świata, to droga na Łazienkowską będzie całkowicie realna. Jestem już po rozmowach z prezesem Bogusławem Leśnodorskim. Jemu ten plan się spodobał. Plan jest taki: zdobyć tytuł mistrza świata, a potem przy Łazienkowskiej 3 zorganizować walkę w obronie pasa - mówi bokser Andrzej Fonfara.
W nocy z soboty na niedzielę Andrzej Fonfara zmierzy się z Joe Smithem w walce wieczoru gali w Chigaco. Najlepszy polski bokser wagi półciężki postara się zrobić kolejny krok w kierunku rewanżowego starcia o mistrzostwo świata z posiadaczem pasa WBC Adonisem Stevensonem.

Antoni Partum: Chętnych do tytułu w wadze półśredniej jest tak wielu, że nie masz miejsca na błąd. Z drugiej strony w światowych rankingach ty zajmujesz czwarte, a rywal 40. miejsce. Nie zlekceważysz go?

Andrzej Fonfara: Dużo mogę stracić, ale to mnie tylko motywuje. Smith przyjeżdża do Chigaco, żeby sprawić niespodziankę. Moja wygrana z nim niewiele mi daje. Rankingowo nic się zbytnio nie zmieni. Zwycięstwo da mi jedynie satysfakcję. Dlatego niezwykle istotny jest styl w jakim go pokonam.

Jak scharakteryzujesz Smitha?

- To pięściarz z dodatnim rekordem, dużo wygrał walk przed czasem. Na pewno zostawi serce w ringu, bo to dla niego ogromna szansa pokazania się na wielkiej gali, wygrania z kimś mającym moją pozycję w rankingu.

Gdzie widzisz jego słabe strony?

- Podczas ataku często zapomina o gardzie, więc będę miał świetną okazję na szybką kontrę. Poza tym nie ma zbyt dużego doświadczenia. Nigdy nie boksował z zawodnikiem mojej klasy. Jego poprzedni rywale nie mieli większych ambicji. Will Rosinsky był całkiem niezły, ale Smith, po zaciętym dziesięciorundowym pojedynku, wygrał na punkty. Na pewno miałem lepszych rywali. Smith nie ma dużego doświadczenia, ale nie oznacza to, że jest słabym pięściarzem. Na pewno nie przyjechał tu tylko po wypłatę.

"Brakuje mi techniki, mam luki w obronie, ale wszystko nadrabiam ambicją i sercem do walki" - tak mówiłeś o swoich wadach. Poprawiłeś je?

- To nieustanny proces. Na pewno jestem lepszy niż wcześniej. Wiem, że Smith ma "ciężką" rękę i kończył swoich rywali przed czasem, więc w ringu będę spokojny, stonowany. Muszę uważać, by nie popełnić jakiegoś głupiego błędu i nie pozwolić mu, by poczuł się zbyt pewnie. Chcę przejąć inicjatywę od pierwszego gongu. To istotne również z psychologicznego punktu widzenia.

Nie jesteś już myślami w rewanżowym pojedynku z Adonisem Stevensonem? [Fonfara przegrał jednogłośnie na punkty w walce o pas mistrza świata federacji WBC - red.]

- Nie. Jestem w pełni skoncentrowany na najbliższym przeciwniku. Oglądam walki Smitha i kombinuję ze sztabem trenerskim jak go przechytrzyć. Jak wygram ze Smithem, to zacznę myśleć o Stevensonie.

Jesteś zadowolony ze swojej gaży? Nie walczysz znowu za jednego dolara?

- Wiem, do czego dążysz. W 2011 roku nadarzyła się okazja żebym wystąpił na gali Tomka Adamka, kiedy walczył z Kevinem McBridem. W hali było 15 tysięcy polskich kibiców, a galę transmitowała telewizja Polsat, to naprawdę mnie przyciągało. Promotorka Kathy Duva, ówczesna organizatorka gali powiedziała, że nie ma na mnie funduszy. Zgodziłem się więc zaboksować za jednego dolara. Wypisała taki czek, bo ze względu na regulamin musiałem otrzymać jakiekolwiek wynagrodzenie. A, że to był dolar, to już inna historia. Traktowałem to jednak jako inwestycje w siebie. Wiedziałem, że jeśli dobrze wypadnę, to kibice mnie zapamiętają.

Teraz pieniądze się zgadzają? Mówiłeś ostatnio, że nie wejdziesz do ringu za mniej niż milion dolarów.

- Nie walczę teraz za taką kwotę, ale jest ok. To zbliżona suma jaką otrzymałem po wygranej walce z Julio Cesarem Chavezem [wtedy otrzymał około 400 tysięcy dolarów - przyp.red.]

Jesteś ustatkowany, mieszkasz z rodziną w Chigaco, ale jeszcze kilka lat temu wyglądało to zupełnie inaczej. Nie miałeś pieniędzy, a w dodatku przegrałeś z Derrickiem Findleyem w 2008 r. Miałeś moment załamania, chciałeś rzucić boks?

- To był ciężki moment, ale jakoś sobie poradziliśmy. Mój brat ciężko pracował, a ja mogłem skupić się tylko na treningu. Rodzice zaczęli otwierać swoje biznesy m.in. pierogarnię i handel materiałami budowlanymi. Porażka z Findleyem mnie zdołowała. Miałem myśli, że może rzucić to wszystko, ale po walce pojechałem na wakacje i naładowałem baterię. Znowu odzyskałem motywację.

Oprócz boksu w twoim życiu jest miejsce na futbol. Skąd twoja miłość do Legii, skoro nie jesteś z Warszawy.

- Urodziłem się w Radomiu, ale do 12 roku życia mieszkałem w Białobrzegach (około 60 km od stolicy). Miłość do Legii zaszczepił we mnie mój brat. Kiedy przeprowadziłem się do Warszawy, brat zabierał mnie na wszystkie mecze. Od razu mi się spodobało. Poznałem tam wiernego kibica Legii Irka Wyszyńskiego, z którym dziś się przyjaźnimy. Oczywiście boksowałem też w barwach Legii, a moim trenerem był Krzysztof Kosedowski, który również jest wiernym fanem.

Na jakiej trybunie można było Ciebie spotkać?

- Z kolegami ze szkoły chodziłem na "żyletę", a z bratem na "krytą" - jeszcze na starym stadionie. Były też i takie mecze, kiedy skakaliśmy przez płot i siedzieliśmy na łuku. Na stadionie, zarówno starym i nowym, byłem wszędzie.

Czasami nie musisz się nawet tam pojawić, a i tak jest o tobie głośno. Na "żylecie" często wywieszane są różne transparenty, które cię dopingują.

- Kibice Legii mnie bardzo wspierają. Staram się ich reprezentować w ringu, a oni to doceniają. W każdym wywiadzie im za to dziękuję i ślę pozdrowienia. Ich doping motywuje mnie do ciężkiej pracy. W tym są najlepsi na świecie, więc i ja ciężko trenuję.

Miałeś bilety warte kilkaset tysięcy dolarów, na "walkę stulecia" pomiędzy Floydem Mayweatherem Jr. a Mannym Pacquiao, ale tego dnia wybrałeś inne wydarzenie. Poszedłeś na Stadion Narodowy wspierać Legię w finałowym spotkaniu Pucharu Polski z Lechem Poznań.

- Al Haymon [promotor Fonfary] podarował mi bilet na galę. Stwierdziłem jednak, że skoro Legia może zdobyć puchar, to wolę przylecieć do Polski i kibicować Legii. Bilet oddałem bratu i obaj byliśmy szczęśliwi.

Zadajesz się nie tylko z kibicami. Jak zaczęła się twoja znajomość z Arturem Borucem?

- Poznał nas Irek Wyszyński, kiedy w 2010 roku Artur przyleciał do Chigaco na mecz USA-Polska. Artur załatwił bilety na mecz, a potem poszliśmy na kolację. I tak to się zaczęło. Potem nawet udaliśmy się na wspólne wakacje w Kalifornii. Znamy się kilka lat, ale śmiało mogę go nazwać przyjacielem.

Inny polski pięściarz Izu Ugonoh powiedział, że marzy o walce na Stadionie Narodowym. Chciałbyś kiedyś wejść do ringu na stadionie Legii?

- To nie marzenia, myślę, że ta walka kiedyś się odbędzie. Jeśli zdobędę mistrzostwo świata, to droga na Łazienkowską będzie całkowicie realna. Jestem już po rozmowach z prezesem Bogusławem Leśnodorskim. Jemu ten plan się spodobał. Ale najpierw trzeba poczekać na dobry moment. Plan jest taki: zdobyć tytuł mistrza świata, a potem przy Łazienkowskiej 3 zorganizować walkę w obronie pasa.



LOTTO Ekstraklasa 2018/19

lp. Drużyna M Pkt Br. Zw. R Por.
1 Lechia Gdańsk 30 60 45:25 17 9 4
2 Legia Warszawa 30 60 48:31 18 6 6
3 Piast Gliwice 30 53 47:31 15 8 7
4 Cracovia Kraków 30 48 39:34 14 6 10
5 Zagłębie Lubin 30 47 48:38 14 5 11
6 Jagiellonia Białystok 30 47 45:41 13 8 9
7 Pogoń Szczecin 30 43 44:42 12 7 11
8 Lech Poznań 30 43 41:40 13 4 13
9 Wisła Kraków 30 42 55:48 12 6 12
10 Korona Kielce 30 40 35:44 10 10 10
11 Miedź Legnica 30 32 30:52 8 8 14
12 Górnik Zabrze 30 31 36:49 7 10 13
13 Śląsk Wrocław 30 31 35:37 8 7 15
14 Wisła Płock 30 30 40:49 7 9 14
15 Arka Gdynia 30 29 39:44 6 11 13
16 Zagłębie Sosnowiec 30 24 41:63 6 6 18

  • Grupa mistrzowska
  • Grupa spadkowa