Sport.pl

Trudne zadanie przed Henningiem Bergiem. Poprzednie rewolucje w drużynie nie kończyły się sukcesami

Legię tego lata opuściło trzech piłkarzy, a w ciągu kilku najbliższych dni klub prawdopodobnie opuszczą kolejni gracze. To nie pierwszy taki przypadek w ostatnich latach, kiedy przy Łazienkowskiej dochodzi do kadrowej rewolucji. Poprzednie nie kończyły się dobrze.


Po zakończeniu minionego sezonu z drużyną pożegnali się Inaki Astiz, Dossa Junior i Helio Pinto. Niemal pewne jest odejście z drużyny Orlando Sa, jedną nogą poza Warszawą są też Michał Żyro i Ondrej Duda, o których pytają zagraniczne kluby. Jeśli wszystkie spekulacje transferowe się potwierdzą, do Legii trzeba będzie sprowadzić ich następców. W klubie z Łazienkowskiej panuje względny spokój, jednak jak uczy historia - rewolucji należy się obawiać, a pięciu-sześciu nowych graczy może zupełnie zaburzyć harmonię w zespole.

Największa i najbardziej bolesna rewolucja w drużynie miała miejsce w sezonie 2010/11. Trenerem Legii został Maciej Skorża, a w Warszawie miało nastąpić nowe otwarcie. Władze klubu pozyskały kilku nowych zawodników, którzy mieli sprawić, że drużyna będzie grała skutecznie i efektownie. Co więcej, w letnim okienku transferowym Legia pobiła ligowy rekord, wydając na wzmocnienia dwa i pół miliona euro. Jak na polską ligę była to kwota astronomiczna. Okrągły milion kosztował sam Ivica Vrdoljak, a oprócz niego zakontraktowano bramkarza Mariana Antolovicia, obrońcę Srjdę Knezevicia, pomocników Manu i Alejandro Cabrala oraz napastnika Bruna Mezengę. - Wszystko zależy od składników, czyli piłkarzy, jakich się pozyskuje - uważa Robert Podoliński. - Jeżeli pozyskuje się piłkarzy wartościowych, to nie jest problemem nawet duża zmiana w składzie. Legia jest skazana na walkę o najwyższe cele i mówiąc kolokwialnie - nowi zawodnicy muszą wypalić.

Ci z ostatniej rewolucji nie wypalili. Jak się okazało, pozyskani zawodnicy prezentowali się doskonale, jednak tylko na billboardach, które pojawiły się w całej Warszawie. Do momentu rozpoczęcia sezonu, włącznie ze sparingowym meczem z Arsenalem na nowo otwartym stadionie, wszystko wyglądało dobrze. Dopiero mecze o punkty pokazały, że Legia jest kolosem na glinianych nogach, a w oczy rzucał się brak zgrania zespołu. Indywidualne popisy zawodników również nie dawały powodów do optymizmu. Antolović szybko trafił na ławkę, podobnie sprawa wyglądała z Knezeviciem. Cabral nie potrafił się przyzwyczaić do gry w Europie, Manu imponował tylko sprintami, i to najlepiej bez piłki przy nodze, a Mezenga strzelił kilka bramek - w Młodej Ekstraklasie.

Jedynym zawodnikiem, który w Legii został i można było do niego mieć najmniej pretensji, był Ivica Vrdoljak. Jednak "truskawkowa" rewolucja (nazwa od kampanii marketingowej, w której gwiazdy zapraszały na mecz, jedząc truskawki) jeszcze długo przy Łazienkowskiej odbijała się czkawką. Legia dzięki niezłej końcówce uratowała sezon, zdobywając Puchar Polski i kończąc sezon na podium, za Śląskiem i Wisłą. Jednak niesmak pozostał.

Po zwolnieniu Dariusza Kubickiego jesienią 2004 r. i nieudanej próbie zatrudnienia Jozefa Chovanca obowiązki trenera przejął Jacek Zieliński. W osiągnięciu sukcesu byłemu środkowemu obrońcy miały pomóc wzmocnienia. Do Legii ściągnięto takich piłkarzy jak Mirko Poledica, Veselin Djoković, Jakub Rzeźniczak, Bartosz Karwan, Ireneusz Kowalski, Eddie Stanford, Leo Kurauzvione, Maciej Korzym czy Anatolij Dorosz. Szybko okazało się, że nowe nabytki są co najwyżej uzupełnieniem składu, a nie realnym wzmocnieniem. Po latach Korzym i Rzeźniczak okazali się solidnymi ligowcami, jednak pozostali gracze szybko przepadli, nie sprawdzając się ani w Legii, ani w innych klubach, do których potem trafili.

Szczególnie duże nadzieje wiązano z powrotem Bartosza Karwana, który przed odejściem do Herthy Berlin był siłą napędową warszawian. Były reprezentant Polski był jednak tylko cieniem zawodnika sprzed wyjazdu do Niemiec. Legia sezon skończyła na trzecim miejscu, tracąc do mistrza - Wisły Kraków - aż 15 punktów.

Kolejna rewolucja już się w Legii zaczęła. Podoliński przekonuje jednak, że krótki okres przygotowawczy nie powinien mieć wielkiego znaczenia, nawet jeśli nowi zawodnicy nie będą ze sobą dobrze zgrani. - Według mnie zgranie zespołu nie ma aż takiego znaczenia. Jeżeli piłkarze będą prezentowali odpowiednią jakość, to Legia nie ma się czego obawiać. Tym bardziej że w drużynie zostaje trzon zespołu, czyli obrona i bramkarz. A to właśnie od defensywy zaczyna się budowanie drużyny - dodaje trener. Pierwsze efekty kadrowych zmian zobaczymy już za miesiąc. Wtedy to Legia rozpocznie sezon wyjazdowym meczem ze Śląskiem Wrocław.





Więcej o: