Sport.pl

Od Feliksa Stamma, przez Andrzeja Gołotę, do Szymona Majewskiego. Jak walczą bokserzy Legii

- Świat show-biznesu jest czymś nierealnym. Światem Kubusia Puchatka, Żwirka i Muchomorka. Człowiek ma dość udawania i życia w kreskówce. A tutaj jest prawdziwe życie. Nikt nie udaje - mówi o bokserskiej sekcji Legii Szymon Majewski.


47-letni showman nie jest jedyną ciekawą postacią ćwiczącą w zapomnianej nieco sekcji. Kiedyś medale - na mistrzostwach Polski, świata oraz igrzyskach - zdobywali dla Legii Kazimierz Szczerba, Henryk Petrich, Józef Grudzień, Janusz Gortat, Krzysztof Kosedowski czy Andrzej Gołota, teraz na zajęciach można spotkać członków Kabaretu Moralnego Niepokoju czy prezesa Sądu Najwyższego. - Ja trafiłem tutaj trzy lata temu przez znajomego, który pracował przy moim programie - mówi Majewski. - Spodobało mi się. W zeszłym roku byłem z Legią na obozie nad morzem. Skład ludzi był przeróżny - od tych zajmujących się sportem, czyli Alberta Sosnowskiego, przez kilkuletnie dzieci, po trębacza Sinfonii Varsovii, który sparował jak zawodowiec.

Ale mimo zawziętości bokserów i ich trenerów, legijnemu boksowi bliżej obecnie do rekreacji niż do medali.

Typowe problemy, typowa pasja

Bokserska sekcja Legii powstała w 1931 roku. I już przed drugą wojną światową legijni pięściarze ćwiczyli pod okiem najwybitniejszego polskiego trenera Feliksa Stamma, a do wyróżniających się zawodników należeli wtedy Henryk Doroba, Piotr Mizerski czy Tadeusz Pietrzykowski. Po wojnie w Legii boks też rozwijał się świetnie. - Trudno wskazać jeden dobry rok. Całe lata 70. i 80. to były dobre czasy. Jako Legia potrafiliśmy pojechać na mistrzostwa Polski i przywieźć pięć, sześć, a nawet więcej złotych medali - mówi Petrich, jedyny Polak oprócz Pawła Skrzecza z Gwardii Warszawa, który zdobył komplet medali - na igrzyskach, mistrzostwach świata i Europy.

Zobacz, jak trenują i walczą legijni bokserzy [ZDJĘCIA]


Legioniści 21 razy zdobywali tytuł drużynowego mistrza Polski, ale w 1989 roku zespół wycofano rozgrywek ze względu na brak pieniędzy. Obecna Legia to typowe dla większości byłych sekcji upadłego CWKS problemy z pieniędzmi i finansami, ale też typowe dla sportów walki zapał, pasja i iskry w oczach. A także widoki na lepszą przyszłość - Bogusław Leśnodorski, współwłaściciel i prezes klubu piłkarskiego, ma ambicje oglądania Legii wielosekcyjnej i podpisuje kolejne umowy o współpracy - z koszykarzami, hokeistami, rugbistami, piłkarzami wodnymi. Niedawno - z bokserami.

Efekty? Postępujące. Najpierw sekcja dostała od Legii kilka kompletów strojów, rękawic i kasków. - Ale to dopiero początek naszej współpracy - zapewniał Dominik Parura, koordynator sekcji bokserskiej. I rzeczywiście, pod koniec kwietnia bokserzy otrzymali kolejne stroje, ale też pieniądze.

- Niedługo wypuścimy specjalną kolekcję bokserską, której artykuły każdy kibic będzie mógł nabyć w sklepie przy Łazienkowskiej. Wpływy ze sprzedaży będą przekazane na działalność sekcji - dodaje Parura. - Chcemy, by na stulecie klubu w 2016 roku wszystkie sekcje były z nami. Nie robimy tego dla widowni, tylko dla idei. Ale to jest proces - tłumaczy z kolei dyrektor wykonawczy Legii Jakub Szumielewicz.

200 osób na Fortach i korytarzach

By dojść do salki treningowej przy ulicy Waldorffa, z najbliższego przystanku autobusowego idziemy przez kilka minut nieciekawym szlakiem, gdzie straszą opuszczone i zarośnięte Forty Bema. Ale czy ktoś się tym przejmuje? W późne czwartkowe popołudnie w sali tłok jest nie mniejszy niż w galerii na przedświątecznych zakupach. - Tato, ja chcę jeszcze zostać! - pokrzykuje i skacze z radości mały chłopak w koszulce Legii, który właśnie skończył trening pod okiem trenera Karola Landowskiego.

Takich chłopaków na Forty przyjeżdża w tygodniu kilkunastu. - Najmłodszy, jaki się pojawił, miał niecałe sześć lat - mówi Landowski i tłumaczy: - Małe dzieci trzeba zaciekawić tym sportem i często pokazać rodzicom, że nie polega on tylko na okładaniu się po głowie. Najmłodsi się nie biją i nie sparują. Dla nich prowadzimy zajęcia ogólnorozwojowe. W 80 proc. to jest zabawa - dodaje.

- To też sumienność, systematyczna praca i koleżeństwo. Bicie po twarzy jest gdzieś na samym końcu - uzupełnia inny trener Piotr Kroczewski. - Boks przede wszystkim uczy pokory i podnoszenia się po porażkach, z czym w obecnych czasach wiele osób ma problemy.

Razem z dziećmi na treningach często pojawiają się rodzice, którzy z dumą przyglądają się swoim pociechom i przeżywają każdy ich trening. Ale są też tacy rodzice, którzy myślą, że to brutalny sport. - Mamy po pewnym czasie często zabraniają dzieciom przychodzić na zajęcia - mówi inny trener, Henryk Petrich. - Staram się im tłumaczyć, że to tak, jakby ktoś Adamowi Małyszowi zabraniał skakać i nakazał grać w szachy. Pewnie do tej pory, zamiast być mistrzem, zastanawiałby się, czy zbić konia, czy nie - uśmiecha się były bokser.

Szymon Majewski: Teraz jak łupnę worek, to leci pod sam sufit [ROZMOWA]

W Legii boks trenuje około 200 osób - zawodników, głównie młodzieżowców, którzy startują w turniejach, jest około 50, reszta ćwiczy rekreacyjnie. Jeśli nie na Fortach Bema, to na Ursynowie. Zajęcia odbywają się na pierwszym piętrze w szkole podstawowej przy ulicy Hirszfelda 11. Tak, na korytarzu pierwszego piętra - sportowa sala jest zajęta przez siatkarski klub Metro.

Petricha odwiedzam tam w środę, zbliża się 17, trener zerka na zegarek. - Akurat dzisiaj pewnie tłumów nie będzie. Przyjdzie może 10 osób - mówi bez radości. Ale myli się, za chwilę szkolny korytarz pęka w szwach. Na rozgrzewce jest już 20 chłopaków. A wciąż dochodzą nowi, którzy w pośpiechu przebierają się na schodach prowadzących na drugie piętro. - Stygniemy, panowie! - pokrzykuje do spóźnialskich uśmiechnięty już trener.

Bez narzekania

Grupa trenująca na Ursynowie to przede wszystkim Team Petrich, filia sekcji Legii. W zespole są głównie ci, którzy ćwiczą rekreacyjnie. Zajęcia odbywają się tu trzy razy w tygodniu, a zapisać na nie mogą się wszyscy - niezależnie od stopnia zaawansowania, wieku i poziomu sprawności fizycznej. Warunki właściwie są tylko dwa - każdy pojawia się z własnym sprzętem (buty, rękawice, owijki, ochraniacze) i opłaca miesięczną składkę (150 zł).

Właśnie, pieniądze. Drugi - obok braku jednej, porządnej siedziby - problem sekcji. Bokserzy za wynajem bemowskich obiektów od Agencji Mienia Wojskowego, utrzymanie sekcji sportowej i rachunki płacą średnio 30 tys. zł miesięcznie. Dla tej sekcji to dużo, ale nikt o pieniądze prosić tutaj nie chce. Bokserska Legia od wielu lat utrzymuje się głównie ze wspomnianych treningów komercyjnych oraz działania Fundacji "Tradycja Olimpijska". Czasem brakuje na stroje, odżywki, odnowę biologiczną czy wyjazdy na zawody i zgrupowania, ale bokserzy jakoś sobie radzą. I narzekać nie chcą.

Dla zawodników problemem jest jednak nie tylko brak pieniędzy, ale też brak perspektyw w boksie amatorskim. W sekcji sportowej u Petricha trenuje już tylko jeden reprezentant Polski - Daniel Żaboklicki. Do niedawna był jeszcze Piotr Witczak, ale on musiał pójść do pracy. - Grupa się uszczupla, ale nie można powiedzieć, że boks to dyscyplina, która w Warszawie umiera. Zainteresowanie jest, choć z reguły trwa ono krótko - przyznaje Petrich.

I tłumaczy: - Jeśli taki chłopak kończy szkołę, przestają go finansować rodzice, pojawiają się pierwsze dziewczyny, to potrzebuje pieniędzy. Niestety, w polskim boksie amatorskim ich za wiele nie zarobi. Ale tak jest od lat. Można się do tego przyzwyczaić.

Sekcja najlepsze lata ma za sobą, ale trzyma się dzielnie i razem. Nadal pracują w niej znakomici trenerzy i byli mistrzowie - poza Petrichem są to Szczerba, Kosedowski, Bogdan Gajda. A na Forty Bema - pogadać, powspominać - kilka razy w tygodniu przychodzą także Gortat, Wiesław Rutkowski czy Ryszard Michalski. - To tradycja od lat. Jak ktoś nie pojawi się raz czy drugi, to zaczynamy się martwić i wydzwaniać - śmieje się Petrich.

Warszawa.sport.pl na Facebooku. Dołącz do nas!

Więcej o: