Sport.pl

Awantura o stadiony. Prezesie, stań wreszcie w obronie niewinnych kibiców

Kibole łamią prawo, zamykający trybuny wojewodowie oraz UEFA je egzekwują. Dlaczego prezes Legii, z wykształcenia prawnik, pierwszych przytula a przeciw drugim protestuje? - pytają dziennikarze Sport.pl i "Gazety" Michał Szadkowski i Rafał Stec.


Zakaz wstępu na pojedyncze sektory lub cały stadion to kary drastyczne, wywołujące zrozumiałą złość ludzi, którzy ponoszą odpowiedzialność za cudze winy. Lubią futbol, nie przekraczają przepisów, ale nie wchodzą na mecz, bo inni odpalają zakazane race, wywieszają zakazaną symbolikę etc.

Niestety, takich kar dramatycznie przybywa. I w europejskich pucharach, bo UEFA radykalnie zaostrzyła przepisy. I w krajach szczególnie dotkniętych chuligaństwem - jak Włochy, które notorycznie zamykają trybuny nawet największych firm (Juventusu czy Milanu), bo wydały wojnę manifestowanej tam nienawiści do innych regionów. I w Polsce, bo wojewodowie - a także, rzadziej, prezydenci miast - zaczynają konsekwentnie stosować prawo. Poniekąd z inspiracji policji, której rzecznik Mariusz Sokołowski powtarza: - Policję finansują podatnicy, a nie każdy podatnik musi interesować się futbolem. Ochrona żadnych rozgrywek nie kosztuje nas tyle, ile meczów piłkarskich.

Po zamknięciu stadionu Legii na środowy mecz z Ruchem Chorzów jej prezes Bogusław Leśnodorski straszył, że piłkarze mogą nie wyjść na boisko. Zapędził się i nazajutrz groźbę wycofał, ale próbuje namawiać inne kluby, by ekstraklasa w geście protestu zawiesiła rozegranie jednej kolejki. Co byłoby rozszerzeniem odpowiedzialności zbiorowej - mecze odebrano by także kibicom klubów, które nie zawiniły.

Po kolejnych incydentach prezes Leśnodorski mówi: "Nie ukaraliśmy nikogo" albo "Wyłapywanie naruszających prawo to obowiązek policji". Waldemar Gojtowski, rzecznik Ekstraklasy, wtóruje mu i tłumaczy: "Jeśli pobije się ktoś na koncercie albo tam odpali racę, to nie organizator będzie szukał winnego w całym mieście, tylko przekazuje materiał odpowiednim służbom".

Obaj się mylą. Albo konfabulują, albo są ignorantami - nie wiadomo, co gorsze. W razie bójki na koncercie interweniuje - bo ma taki obowiązek! - ochrona, czyli organizator. Podczas meczu ma być tak samo. - Funkcjonariusz na stadionowym stanowisku dowodzenia pełni funkcję kontrolno-doradczą - mówi Mariusz Sokołowski. - Sprawdza, czy organizator wywiązuje się ze swoich obowiązków, jest z nim w stałym kontakcie, by w razie potrzeby wprowadzić policjantów na stadion. Poza sytuacjami, w których zagrożone jest ludzkie życie, nie ma możliwości, by policja interweniowała i zatrzymywała osoby, które np. odpalają race. To rola organizatora. Powinien wysłać na sektor ochronę i przechwycić takiego człowieka, a potem przekazać go policji - kończy Sokołowski.

Z tych obowiązków Legia się nie wywiązuje, dlatego wojewoda ją karze. Wzywanie, by nie karał, to wzywanie, by również on lekceważył prawo.

Wstawić się za niewinnymi kibicami, którzy nie obejrzą meczu, mógłby zatem prezes klubu. Wystarczy wyłapywać winnych. Policja twierdzi, że liczą się nawet gesty - wysyłanie wyraźnego sygnału, że Legia czy inny klub nie będzie tolerował łamania prawa na swoim obiekcie.

Leśnodorski wysyła jednak zupełnie inne sygnały. Namiętnie sławi trybuny jako najlepsze w Europie, wielbi też wulgarnego zapiewajłę z "żylety". I kiedy "żyleta" zostaje zamknięta przez UEFA na mecz ze Steauą, to prezes zaprasza jej bywalców na inną trybunę. Bezlitosny jest wyłącznie właśnie dla działaczy UEFA, którzy ponoć ulegają lewackim modom, oraz wojewody, który ma działać na zlecenie polityków. Nawiasem mówiąc, mamy tutaj uroczy paradoks - w roli wroga piłki występuje premier Tusk, któremu inni zarzucają, że tylko piłka mu w głowie.

Od prezesa PZPN Zbigniewa Bońka kilkakrotnie słyszeliśmy ostatnio, że bohaterami futbolowego widowiska powinni być piłkarze, a nie ci, którzy na nich patrzą. Leśnodorskiemu imponują tzw. oprawy. Od niego słyszymy, że "race dodają kolorytu i powinny być legalne". OK, niech każdy lubi, co lubi, niech fanatyk rac walczy o legalność rac (choć w UEFA jest naszym zdaniem bez szans). Dopóki jej jednak nie wywalczy, dopóty ma obowiązek - aż wstyd, że tłumaczymy to absolwentowi prawa - stosować się do aktualnych przepisów. Choć i my nienawidzimy pustych trybun, to sami wielokrotnie apelowaliśmy w Sport.pl, by wyrugować z polskiej piłki ostentacyjną pogardę dla prawa. Leśnodorski ją pielęgnuje - gdy przeniósł ukaraną przez UEFA "żyletę" na przeciwległy łuk, ta odwdzięczyła się kolejnym racowiskiem.

Szef PZPN porównuje zamykanie stadionów do zrzucania bomby atomowej na wróbla. Trochę przesadza, trochę ma rację. Ale wiatrówkę, z której można ustrzelić wróbla, trzyma m.in. prezes Legii. Na ufundowanym przez miasto stadionie ma doskonały monitoring, sprzedaje bilety konkretnym osobom na konkretne miejsca. Zresztą jemu powinno być szczególnie łatwo - skoro jest w doskonałej komitywie z kierującymi dopingiem i trzymającymi porządek na "żylecie", wystarczy ich spytać, kto łamie tam prawo.

To generalny problem naszej piłki - prezesi nie chcą nakładać zakazów stadionowych na jednostki, a potem jęczą, że zakaz obejmuje wszystkich.

Czy prezes Legii słusznie ma pretensje o zamknięcie stadionu Legii?
Więcej o: