Sport.pl

Zachodny po meczu Legii: Analfabeci w szkole futbolu

Załóżmy na chwilę, że to jest poza siłami i wpływem Jana Urbana, że to nie jest wina braku Radovicia czy Kuciaka, ale po prostu stan polskiego futbolu. Gdzie Legia nie ma ani gola, ani punktów po trzech kolejkach fazy grupowej tego lżejszego z europejskich pucharów. Już dawno nie mówiono tak wiele o sile mistrza Polski, by następnie tak brutalnie zweryfikowali ją rywale - pisze specjalnie dla Sport.pl Michał Zachodny, bloger, współpracownik m.in. Goal.com, scout i analityk InStat Football.
Jest sens w uznaniu, że na błędy Skaby, Jodłowca i innych nie będzie już w tym sezonie mocnych. Zaakceptowanie słabości piłkarzy, którzy w kolejnym meczu udowadniają, jak dużo ich dzieli od rywala z kilkoma zawodnikami o wspomnieniach z europejskiego topu, może być kluczowe dla dalszego rozwoju klubu. Życie złudną nadzieją, że z tej grupy ludzi stworzy się zespół na miarę większą niż mistrz Polski, nie może cechować nawet szkoleniowca, który przecież za ich postęp odpowiada.

Trzecia porażka i mierny bilans bramkowo-punktowy nakazuje wręcz skupienie się wyłącznie na wyciąganiu wniosków przez cały klub. Chociaż niektóre zrywy pozwalały na stworzenie groźniejszych akcji, to na każdym etapie było widać ułomność indywidualności. W Legii wiele mówi się o selekcji w grupach młodzieżowych, przy naborze do coraz prężniej działającej akademii, ale tym razem powinna ona dotyczyć pierwszego zespołu. Zapomnieć o rozliczeniach błędnych transferów, gdybaniu na temat tych, których zabrakło - jeśli mistrz Polski już w najbliższych miesiącach nie podejmie drastycznych kroków w stronę podniesienia własnej jakości, to z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że sytuacja za rok się powtórzy.

Z Trabzonsporem Łukasz Broź nie potrafił nawiązać komunikacji z Koseckim (trzy przegrane dryblingi), który z kolei robił wiele, ale większość w imię boiskowego chaosu, a nie spójnego planu meczowego czy tym bardziej jakiegokolwiek efektu. Ivica Vrdoljak nie dał żadnego argumentu na poparcie ryzykownej decyzji trenera, który wystawił świeżo wyleczonego środkowego pomocnika. Walczący, ale i mało ruchliwy, często spóźniony i faulujący (dzisiaj trzy razy) - dominujący w Ekstraklasie, zepchnięty do drugoplanowej roli w Europie. Ojamaa, który miał jedno celne dośrodkowanie w meczu. Znów grający o tempo za wolno Pinto, notujący kosztowne straty. Dwaliszwili bez skuteczności i często poza grą Legii (najmniej kontaktów z piłką spośród piłkarzy z pola).

Nie ma już sensu udawać, że to się zmieni - nawet jeśli w niedzielę Legia w imponujący sposób pokona Lecha. Jeśli mistrzowie Polski mają ambicje na miarę europejskich salonów, to ich punkt odniesienia powinien przenieść się z Wrocławia, Krakowa, Poznania, Gdańska właśnie na Limassol, Trabzon, Rzym czy wcześniej Bukareszt. Od każdego zaczerpnąć trochę wiedzy, inspiracji, doświadczenia. Grę na własnej połowie z (tylko!) porządnym wyjściem z kontry (Apollon), umiejętność spokojnego rozgrywania i nagłego przyspieszania akcji (Trabzonspor), maksymalnej realizacji założeń taktycznych przy minimalnym wysiłku (Lazio). 

Najgorsze jest to, że Jan Urban jeszcze nie znalazł odpowiedzi na decydujący brak jakości jego piłkarzy. Nawet jeśli według niego czy innych ekspertów porażka z Trabzonsporem była najlepszym meczem w europejskich pucharach, to okazje Legii wynikały z doskonale nam znanego przypadku, a nie utartych schematów. To było to samo ustawienie, bez zaskoczenia w personaliach i przewidywalne zmiany. Czy Janowi Urbanowi już skończyły się pomysły na Legię w Europie, że kolejne porażki przyjmowane są bez taktycznej czy po prostu szkoleniowej reakcji?

Ani w Turcji, ani we Włoszech Legia nie otrzymała lekcji futbolu, ani nie przyniosła wielkiego wstydu. Jednak kolejne powtarzające się błędy każą wręcz zasugerować, że dotychczasowe porażki przechodzą na Łazienkowskiej bez wielkiego echa. Nie spodziewając się rewolucji przy ograniczonych możliwościach trenera, wypadałoby chociaż liczyć na konsekwentne poprawianie aspektów najbardziej problematycznych. Powrót do obrony, przenoszenie akcji z jednego na drugie skrzydło, sposób gry skrzydłowych...

Nie ma sensu udawać już, że jest progres, a indywidualności się rozwijają. Jeśli już, to wręcz przeciwnie - jedynym, o którym można powiedzieć, że pod okiem Urbana urósł, jest Jakub Rzeźniczak, nie Furman, Kosecki czy inni. Niektórzy już tej edukacji nie przyjmują, może i nauczyciel stracił swoją czujność, ale to teraz potrzebna jest zdecydowana reakcja, zaczynająca się od akceptacji takiego stanu rzeczy - patrząc w tabelę Ligi Europy, a nie Ekstraklasy. Zamiast po piłkarsku "dukać" czy udawać, że się potrafi, pierwszym krokiem Legii do zaliczenia tej szkoły futbolu powinno być przyznanie, że nie umie się czytać.

Relacje z najważniejszych zawodów w aplikacji Sport.pl Live na iOS, na Androida i Windows Phone

Więcej o: