Sport.pl

Dlaczego Legia jest tak nielubiana poza Warszawą? "Miała pierwszeństwo wśród uprzywilejowanych"

- Legia nie była jedynym uprzywilejowanym klubem w PRL, ale wśród tych uprzywilejowanych miała bezwzględne pierwszeństwo. Władzy zależało na tym, żeby mieć w Warszawie sztandarowy klub, który można wspierać - mówi historyk sportu, dr Robert Gawkowski.
Po zakończeniu piłkarskiego sezonu gracze czołowych klubów T-Mobile Ekstraklasy - Lecha Poznań i Śląska Wrocław - śpiewali obraźliwe piosenki pod adresem Legii Warszawa. I choć piłkarzom wielu drużyn, także Legii, zdarza się bluzgać na rywali wraz z kibicami, to jednak Legia budzi skrajne emocje - jest najbardziej znienawidzonym klubem w Polsce. Dlaczego? Bo reprezentuje stolicę, bo ma bogatego sponsora, bo w przeszłości drenowała rynek zabierając utalentowanych piłkarzy z innych klubów powołując ich do służby wojskowej - tłumaczą socjologowie. Co o przyczynach niechęci wobec Legii mówią historycy?

Rozmowa z Robertem Gawkowskim, dr. historii z UW

Łukasz Cegliński: Czy Legia jest najbardziej nielubianym klubem w Polsce?

Robert Gawkowski*: Nie jestem socjologiem, tylko historykiem, ale prywatnie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Choć to oczywiście uproszczenie, bo w Warszawie Legia jest lubiana. Mało tego - w promieniu 50 kilometrów od Warszawy Legia jest wręcz kochana. A to oznacza, że na obszarze zamieszkanym przez prawie 3 miliony osób, czyli niespełna 10 proc. ludności kraju, Legię się lubi.

W innych miastach - w Poznaniu, Wrocławiu, Krakowie, na Śląsku - Legia budzi jednak antypatię.

- To może się brać ze zwykłej kibicowskiej zawiści, bo przecież Legia zawsze ma mistrzowskie ambicje, zawsze zajmuje miejsce w czubie tabeli. W minionym sezonie zdobyła Puchar Polski, zajęła trzecie miejsce w lidze, ale ten wynik odebrano w klubie, wśród większości kibiców, jako katastrofę. A wielu przeciwników Legii o takich wynikach może tylko pomarzyć. Ten punkt widzenia też działa na niekorzyść Legii poza Warszawą i okolicą.

Jak duże znaczenie ma to, że w czasach PRL Legia była uprzywilejowana i ściągała najlepszych piłkarzy z kraju do wojska?

- W latach 70. i późniejszych zawodników kaperowały także inne kluby zakładowe czy resortowe, ale Legia już wcześniej była pod tym względem zdecydowanie najbardziej uprzywilejowana. Niebawem opublikuję książkę o historii warszawskiego futbolu, a pracując nad nią sam się dziwiłem jak bardzo władza komunistyczna popierała Legię.

Legia była klubem reżimowym?

- Tak, jak najbardziej, choć nie od samego początku. Wiosną 1945 roku, w momencie wyzwolenia, Legię, a raczej WKS Warszawa, bo taka była wtedy oficjalna nazwa, tworzyli zupełnie inni sportowcy i działacze niż w poprzedniej dekadzie. Większość pochodziła z innych stron kraju, i gdy w czerwcu 1945 r. klub chciał przyjąć nazwę "Legia" stołeczne władze futbolowe odmówiły. Uznały to za uzurpację. Legia, nie miała jeszcze zielonego światła na sportowe podboje.

A kto był pupilem władzy?

- Początkowo miała to być Polonia Warszawa, która od marca 1945 r. była milicyjnym klubem sportowym. Ale latem 1945 roku członkowie Polonii zaczęli rozumieć, w jakim kierunku historia zmierza i nabrali podejrzeń, że "opieka" milicji może skończyć się ubezwłasnowolnieniem ich klubu. We wrześniu 1945 r. Polonia, jako jedyny znany mi klub sportowy w Polsce, podziękowała za "opiekę". I co się stało? Jakby piorun grzmotnął w ten klub, Polonię spotkały wszystkie nieszczęścia. Momentalnie, poza piłkarską, rozwiązano wszystkie inne sekcje, po wojnie dopiero co reaktywowane. Dekretem Bieruta w listopadzie 1945 r. odebrano Polonii stadion, który przekazano nowemu klubowi Zryw, działającemu jako komunistyczna młodzieżówka PPR. Ale władzy zależało na tym, żeby mieć w Warszawie sztandarowy klub, który można wspierać - padło na Legię, która od początku 1946 roku zaczęła otrzymywać większość wsparcia. Polonia, która tuż po wojnie grała fantastycznie, zaczyna spadać w dół, a Legia odwrotnie - iść w górę. Szefami klubu wojskowych zostawali wysoko postawieni sowieccy generałowie, nie mający wcześniej nic wspólnego z klubem, ani w ogóle ze sportem. W 1948 r. zaczęto też tworzyć inny sztandarowy klub komunistycznej władzy - Gwardię.

Ale wojskowym klubem był też przecież Śląsk Wrocław, grały w lidze drużyny z klubów milicyjnych albo takie, które wspierały kopalnie czy huty. Nie tylko Legia była uprzywilejowana.

- Owszem, nie tylko ona, ale wśród klubów uprzywilejowanych Legia miała bezwzględne pierwszeństwo. W 1945 roku trzej piłkarze Wisły - Henryk Serafin, Zdzisław Mordarski, Mieczysław Rupa - zostali wyrzuceni ze swojego klubu oraz z krakowskiego OZP za to, że w czasie wojny grali w klubach niemieckich. Czy ta decyzja była słuszna czy nie - trudno powiedzieć. Ale zakaz podtrzymał PZPN, który w tamtym czasie obradował w Krakowie i ta trójka piłkarzy nie mogła w ogóle grać na żadnych polskich boiskach. I nagle dwóch z nich, Serafin i Mordarski, trafiają do Legii i zaczynają w niej grać. PZPN dopytywał się, dlaczego ci piłkarze grają, skoro nałożone są na nich ogólnokrajowe zakazy. Legia wytłumaczyła się kuriozalnie - że do klubu nie dotarły oficjalne informacje o tych zawieszeniach. Wiedzieli o tym wszyscy, ale nie Legia. I uszło jej to na sucho. Już wówczas Legia, z tymi piłkarzami w składzie, była wygwizdywana np. na Śląsku.

Czy ta ogólnokrajowa niechęć do Legii narastała z czasem, czy utrzymywała się na tym samym poziomie?

- Niechęć rosła. Pod koniec lat 40. Legia zaczęła "porywać" do wojska czołowych piłkarzy innych klubów. Na dodatek pułkownik Henryk Szemberg, wiceminister spraw wewnętrznych, który miał za zadanie przebudować polski sport na wzór sowiecki, w 1949 roku uznał, że Legia musi zmienić nazwę na zgodną ze stalinowska modą - CSKA. CWKS, Centralny Wojskowy Klub Sportowy, to klasyczna kalka językowa - Centralnyj Spartivnyj Kłub Armii.

Jaki stosunek do Legii mieli ci, którzy przyjechali do Warszawy w latach 40.?

- Częstokroć ludzie przyjeżdżający odbudowywać stolicę, nie mieli wykształcenia. A jak go nie mieli, to łatwiej podlegali propagandzie. Nowi mieszkańcy Warszawy nie mieli świadomości tego, co się dzieje, więc - jeśli interesowali się sportem - to kibicowali lepszej drużynie. A Legia była coraz lepsza. W 1952 roku Polonia spadła do drugiej ligi, a Legia i Gwardia zaczynały coraz więcej znaczyć. Z drugiej strony sympatia dawnych mieszkańców Warszawy do Polonii trwała - na mecze pod koniec lat 50., gdy Polonia walczyła o awans do drugiej ligi, potrafiło przyjść kilkanaście tysięcy ludzi. O tym, że Polonię stalinowska władza nazwała Kolejarzem, szybko zapomniano, gdy tymczasem nazwa CWKS przylgnęła do klubu z Łazienkowskiej na dobre. Jeszcze nie dawno kibice Legii śpiewali "CWKS, CWKS!"

W Poznaniu kibice też skandują: Kolejorz, Kolejorz! A to przecież stalinowska nazwa.

- Ale poznańscy kibice upamiętniają nie lata stalinowskie, a przedwojenne. Lech Poznań w czasach II RP złączony był z Kolejowym Przysposobieniem Wojskowym i każdy w Poznaniu rozumie, że ten "Kolejorz!", to nawiązanie do przedwojennej tradycji. Ale żeby krzyczeć CWKS? Przedwojenni piłkarze Legii w grobie się przewracają!

Większość obecnych kibiców prawdopodobnie nie ma świadomości tej rzeczy, ale Legii i tak nie lubi. Bo pamięta to, że zabierała piłkarzy, bo jest ze stolicy, bo ma pieniądze?

- Na początku lat 50. CWKS chciał skaperować Gerarda Cieślika - znakomitego gracza Ruchu Chorzów. Cieślik rozpaczliwie się przed tym bronił i z pomocą piłkarzowi stanęli śląscy przodownicy pracy, wojewoda, generał tamtejszego garnizonu. Ponoć rozmawiano z samym Rokossowskim i Cieślika wybroniono przed grą w stolicy. Na Śląsku długo pamiętano tę sprawę, a Legię zaczęto postrzegać jako klub nie grający fair play.

Pewnie jednak ma pan rację mówiąc, że przeciętny kibic historią się nie interesuje, tym bardziej, że wciąż brakuje rzetelnego opracowania dziejów Legii, w której znalazłaby się odpowiedź na fundamentalne dla historyka pytanie: jaką rolę spełniał klub w propagandzie PRL-u.

Podobno już kapitan przedwojennej reprezentacji Polski, piłkarz Polonii Jerzy Bułanow pisał w pamiętnikach, że nie lubi Legii.

- "Do Legii mam żal" - tak napisał w swoich wspomnieniach z 1936 roku. Chodziło o to, że w Legii znalazł się gen. Roman Górecki, który był m.in. prezesem Banku Gospodarstwa Krajowego. Bogaty, świetnie usytuowany. On najpierw chciał zrobić kryptozawodową drużynę w Polonii, a kiedy mu odmówiono, to próbował dokonać tego w Legii. Ściągał np. znakomitych piłkarzy z Krakowa, którzy szybko wywindowali Legię na czołowe miejsca w lidze. Ówczesne "transfery" polegały na tym, że załatwiano etaty - w klubie albo w zakładach pracy podległych resortowi wojskowemu. Pretensja Bułanowa brała się stąd, że w II Rzeczpospolitej oficjalnie obowiązywała idea sportu amatorskiego, a Legia i jej ustosunkowany prezes, te zasady łamała.

Polonia nie próbowała tego robić?

- Próbowała. Od 1928 roku, od kiedy prezesem Polonii został generał Kazimierz Sosnkowski, ten klub też, pod pretekstem służby wojskowej, zaczynał ściągać piłkarzy spoza Warszawy, np. ze Śląska. Pod tym względem Legia i Polonia z lat 30. były do siebie podobne. Delikatna różnica polegała jednak na tym, że trzon "Czarnych Koszul" nadal stanowili warszawiacy. Do dziś kibice z Konwiktorskiej wiedzą, kim był Władysław Szczepaniak czy Zdzisław Giewartowski, a o Ślązakach: Pazurku, Maliku czy Kuli wiedzą tylko fachowcy. Bo ci ściągani po jakimś czasie wracali do siebie. W Legii zostawali i stanowili o sile klubu.

* Robert Gawkowski - doktor historii na Uniwersytecie Warszawskim, specjalista od historii sportu. Autor książek, m.in.: "Warszawska Polonia, piłkarze Czarnych Koszul", (wyd. 2001) i "Encyklopedii klubów sportowych Warszawy i jej najbliższych okolic w latach 1918-39." (wyd. 2007). Za tą ostatnią pozycję otrzymał nagrodę "Varsaviana 2008". Miesiąc temu promował swą najnowszą książkę: "Sport w II Rzeczpospolitej". Członek Zarządu Towarzystwa Miłośników Historii.

Więcej o: